To mu się
przydarzało bardzo często. Pojawiało się niespodziewanie i nigdy nie był na to
przygotowany. Chociaż bardzo się starał, to za każdym razem robił się miękki –
niczym plastelina po obróbce. Zastanawiał się czasami, skąd takie rzeczy się
biorą w człowieku? Przecież to jest niemożliwe, żeby faceta z krwi i z kości –
o mięśniach nawet nie wspomnę – mogło coś takiego dopaść. Ale dopadało.
Musiał się w końcu
przed sobą przyznać. On tęsknił. Tęsknił, jak świr, bo jakże inaczej by mógł, kiedy świrem był od
zawsze i akurat to sobie cenił, gdyż odróżniało go od tłumu. Tłum to masa, a on chciał zawsze
być, co z góry skazywało go na porażkę w wyścigu szczurów.
Tak więc dopadała go tęsknota do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
gdzie żyją alpaki i kwitną rzepaki. Jakże on kochał ten widok. Odlatywał w
wyobraźni myślami wysoko ponad
atmosferę. To były chwile szczęścia, dzięki którym te trzysta sześćdziesiąt
pięć dni dawało się przeżyć.
Prawdą jednak
jest, że to wszystko byłoby niczym, gdyby nie ona. Musiała się zjawić
wcześniej, czy później. Wiadomo, że była piękna, bo nikogo innego by nie wpuścił
do swojej wyobraźni, chociaż gdyby miał ją opisać, to raczej byłby duży
problem. Ona była całością, bytem samym w sobie. Słuchała z zainteresowaniem
jego słów i śmiała się – uśmiechem, który był nagrodą tak wielką, że jego wyobraźnia musiała
uruchomić pełną moc, aby to ogarnąć. Czuł cały czas, że jest naprawdę ważny dla
niej i ona po za nim nie widzi nikogo, co było oczywistą oczywistością, gdyż
mogła się zjawiać wyłącznie w jego wyobraźni. Takie chwile dawały, tak zwanego
kopa do życia, a im więcej tego życia
było – tym więcej pojawiało się tęsknoty.
Myślał o tym
często: Co by było, gdyby jego tęsknota nagle stała się rzeczywistością? Czy
osiągnął by wtedy nirwanę, ideał, spełnienie? Być może, ale jednocześnie pozbył by się swojej tęsknoty. A czy można żyć
bez tęsknoty? Tylko świr zadaje sobie takie pytania. Więc je zadawał.