czwartek, 28 września 2023

Wołek zbożowy

 

Wołek zbożowy, gdy widzi ziarno, to aż mu się oczy świecą. Chociaż niektórzy mówią, że te oczy świecą mu się od zupełnie czegoś innego, ale pomińmy to. W każdym bądź razie, mimo tego, że to ziarno nie należy do niego i jego siedlisko nic z tego nie ma, to lata on po świecie, robiąc z tego sens swojego życia. Nawet poskarżył się pewnej pani von i o dziwo, ta się z nim zgodziła. Tym razem pewnie odbyło się już bez sms-ów i nie trzeba będzie powoływać komisji, jak to było przy zakupie szczepionek.


Obserwując aktualną sytuację ze zbożem, wychodzi na to, że Afryka już się najadła, bo nikt nie wspomina o tym, że nadciąga tam wielki głód i nie szuka korytarzy transportowych, jak to było jeszcze rok temu. Dziwne, ale tak właśnie jest. I chociaż tak wielu światłych i mądrych ludzi się wypowiada, to żaden nawet nie zająknie się, iż tak naprawdę, chodzi o to, aby produkty od naszego wołka trafiały na rynki europejskie. Tak to właśnie się dzieje w lewicowym świecie, najpierw zmyśla się jakąś bajkę dla naiwnych, aby uchylić drzwi, a następnie otwiera się je na oścież. Czy może to być jedną z przyczyn wojny wołka z wilkiem?


Z radością, więc należy odnotować fakt, że dzięki tej niezwykłej ruchliwości wołka, do coraz większego grona dociera fakt, że wołek zbożowy, jest zwykłym szkodnikiem, a ze szkodnikami należy walczyć. I na razie tak się dzieje, chociaż wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że długo to może nie potrwać. Wciąż są tacy, którzy chętnie zaprosiliby go do wspólnego elewatora.


Cóż! Szkód już powstałych nie da się naprawić i oczywiście nikt za nie nie odpowiada i nie odpowie, ale należy podjąć działania na przyszłość, aby chociaż raz być mądrzejszym po szkodzie. Podręczniki podają, że aby się pozbyć tego szkodnika, to najlepiej go zamrozić i należy to robić znacznie dłużej, niż do piętnastego października, aby osiągnąć właściwy skutek. Skorzystałbym z tej nauki.

niedziela, 24 września 2023

Ale się po pier…

 

No to się po pier…, a przepraszam, nie po pierwszym, tylko po piętnastym września porobiło. Człowiek żył sobie dotąd z przeświadczeniem, że jest ruską onucą i to tylko dlatego, że nie pokochał bezwarunkową miłością Ukraińców, widząc w tym odwzorowanie miłości Wokulskiego do Izabeli Łęckiej. I w ciągu jednego dnia wszystko się poprzewracało. Nagle w ilościach hurtowych zaczęły znikać niebiesko-żółte z profilowych. Retoryka władzy zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Prawdziwy szok! I tylko nasz znany Andrzej po raz kolejny udowodnił, że z polskiego „Bóg, Honor, Ojczyzna” został mu być może tylko Bóg.


I jak ja mam teraz żyć, skoro wszyscy jesteśmy ruskimi onucami. Przecież ja z tymi ostatnio nawróconymi mam zupełnie mało wspólnego. To są ci sami ludzie, którzy o słynnej pandemii zmienili zdanie, dopiero wtedy, kiedy na tapecie pojawiła się wojna. Czyli można już wyciągnąć wstępny wniosek, że dochodzą do mojego oglądu sprawy, zwykle po około dwóch latach. Powiem szczerze, że niespecjalnie komfortowo czuję się w takim towarzystwie, zwłaszcza, że nie wierzę w ich szczerą przemianę.


Biorąc to pod uwagę, to powinienem być teraz nazywany starą ruską onucą, by podkreślić fakt, że jednak byłem tu pierwszy. Nie mam złudzeń, że jest to sytuacja tymczasowa i przejściowa, która zmieni się po piętnastym października. Wtedy to, albo aktualne stanie się powiedzenie, że stara miłość nie rdzewieje, albo też wielki come back zaliczy pandemia i zostanę znowu znanym szurem i foliarzem.


Tak czy siak, na pewno coś powróci, w starej lub nowej odsłonie, bo po pierwsze pomysły na „nowy lepszy świat” nie zniknęły, a i trening/tresura nie były przecież tylko na pokaz. U nas one się bardzo dobrze przyjęły. Dowiodły, że można nam zabrać wolność, godność, a nawet honor i nikt nie zaprotestuje. No chyba, że ktoś chciałby zabrać (napiszę delikatnie) pupcię. O! Co to, to nie! Wtedy to od razu uaktywnią się wszyscy obrońcy prawa, wolności i tak dalej. Prawa do… czterech liter, bez konsekwencji i odpowiedzialności. Cóż! Dokądś zmierzamy, tylko, czy naprawdę chcemy tam dotrzeć?!

niedziela, 17 września 2023

NIK-t wszystkiego ci nie powie

 

Nikt wszystkiego ci nie powie, a wraz z upływającym czasem będziesz wiedział coraz mniej. Zostaną ci tylko jakieś liczby bez uczuć związanych z nimi. Dlatego najcenniejsze są zawsze wspomnienia bezpośrednich świadków wydarzeń i ich historie.


A było tak. Zamknięte przychodnie na głucho, uprawiające jedynie leczenie telefoniczne. Gdyby to był Monty Python, to śmiałbyś się do rozpuku, ale to była (i ciągle jest) rzeczywistość. Masz szczęście w swoim nieszczęściu, bo jest lekarz, który przyjeżdża na wizyty domowe. Bada cię dokładnie i już wiesz, że masz ostre zapalenie płuc, czyli skierowanie do szpitala. Naoglądałeś się w telewizji reportaży o stojących przed szpitalami karetkach z pacjentami i wożeniu ich pomiędzy nimi, więc unikając tych atrakcji jedziesz tam prywatnym transportem. Na miejscu cisza, nikogo nie widać i wszystko pozamykane. Jest dzwonek, którego używasz, jednak nic się nie dzieje. Od razu żałujesz, że nie ma kija, którym można by walnąć w parapet. Jest jednak nadzieja, bo po długim czasie wychodzi do ciebie pielęgniarka. Nie oczekiwałeś od niej empatii, więc nie jesteś rozczarowany. Czyta skierowanie i informuje, że najpierw trzeba zrobić test i znika za drzwiami. Zjawia się po dłuższej chwili z testem. Pytasz, jak długo będziesz czekał na wynik? Okazuje się, że to może być godzina, dwie, a może trzy. Wszystko zależy od przysłowiowej pani Krysi, kiedy się za to zabierze. Czekasz więc chory na dworze, niezależnie od pogody i nikogo to nie obchodzi. Po długim czekaniu, dostajesz wiadomość o pozytywnym wyniku testu i możesz przekroczyć drzwi szpitala.


Wchodząc do środka widzisz wielki, ogrzewany, pusty hol, w którym mogłeś czekać, ale nie mogłeś. Potem robią ci prześwietlenie i ze swoim potwierdzonym zapaleniem płuc trafiasz na oddział specjalisty od leczenia wątroby. Trafiasz na salę, podają ci tlen (to w zasadzie jedyne lekarstwo) i jakąś kroplówkę na wzmocnienie organizmu i leżysz, bo nikt z personelu do ciebie nie zajrzy. Na sali czeka cię jednak niespodzianka, bo wbrew powszechnej narracji jesteś jedynym niezaszczepionym pacjentem. Kiedy kończy się kroplówka, wciskasz guzik, aby przywołać pielęgniarkę i czekasz. Czekasz, a czas płynie i płynie. W końcu zagląda przez okienko w drzwiach i dalej czekasz, bo musi się przebrać w kosmiczny kombinezon. W tym momencie masz następną zagadkę, bo do śluzy przed drzwiami wychodzą pacjenci odbierając posiłki, a także do łazienki i zaczynasz się zastanawiać, dlaczego ten wirus zaraża na sali, a poza nią już nie?


Leżysz więc, bo nic specjalnego się nie dzieje, poza tym, że przez dwie noce sąsiedniego pacjenta namawiają lekarze na respirator. Myślę, że to był świetny pomysł, żeby ludziom z dziurawymi płucami wtłaczać tlen pod ciśnieniem. Sąsiad się jednak nie zgodził, żyje i wyszedł ze szpitala o własnych siłach. Ty po dziesięciu dniach też wychodzisz z workiem na śmieci, w który musiałeś zapakować wszystkie swoje rzeczy. W sumie miałeś szczęście, że twój organizm się nie poddał, bo gdyby nie…



Niespodzianki z twojego leczenia się jednak nie kończą, bo po wielu miesiącach dowiadujesz się z raportu NIK, że leczyło cię ponad trzydzieści osób personelu średniego, chociaż tych ludzi nie widziałeś, to oni jednak cię leczyli, a już cudowne jest to, że lekarzy było ponad dwudziestu, jakim cudem ich nie zapamiętałeś? W każdym razie oni na pewno musieli być, bo odbierali dodatki covidowe. Próba zrozumienia tego faktu, gdy wciąż słyszysz o braku lekarzy w szpitalach, jest chyba stratą czasu.


I kolejna ciekawa rzecz po opublikowaniu raportu przez NIK. Otóż! Okazuje się, że wśród naszych polityków nikt nie chciał wprowadzać lockdownów, segregacji sanitarnej, zmuszania do szczepień i tak dalej. Nikt nie winny, wszyscy święci. To sytuacja wypisz, wymaluj, jak w procesie norymberskim. Różnica jest tylko taka, że tamten się jednak odbył.

środa, 6 września 2023

I jest pięknie!

 

Nareszcie jest wrzesień. Najpiękniejszy miesiąc roku. Zawsze warto czekać na taki czas. Dzieci w szkołach, urzędnicy w urzędach, pracownicy w pracy, aż chce się wyjść z domu. To bardzo fajny czas, a raz na cztery lata nawet cudowny. Wszyscy! Dosłownie wszyscy chcą mi nieba przychylić. Jestem tak ważny, że nawet nigdy nie myślałem, żeby takim być.


Chociaż szczerze, to trochę się boję, że im się uda, a ja jeszcze nie chcę do nieba. Ciągle mam ochotę pochodzić po ziemi. Dlaczego? Bo lubię chodzić, a ostatnio tutaj robi się tak kretyńsko ciekawie, że żal byłoby tego nie widzieć. A jeśli już miałbym umierać, to wolałbym tak trochę poczekać, aby się przed tym aktem, jak człowiek, najeść w szpitalu. Chciałbym także, doczekać tego czasu, gdy do opakowań z napojami, będą przyspawywać zakrętki, bo pomimo starań, wciąż bez trudu je odrywam. Cudownie byłoby też zobaczyć VIP-a sączącego drinka przez papierową słomkę. I wiele podobnych rzeczy chciałbym jeszcze zobaczyć.


W dawnych czasach o tej porze była zawsze kampania buraczana. Prawie każdy ówczesny dziennik się od tego zaczynał. Sznury traktorów ciągnęły do cukrowni (były takie w Polsce). Na ich szlaku można było bez trudu znaleźć spadające buraki. Niby już tego nie ma, aczkolwiek gdyby się tak wsłuchać… Tylko, czy buraki potrafią mówić? Takie proste pytanie, a ileż można na nie znaleźć odpowiedzi.


Wrzesień to naprawdę piękny czas. Słońce już tak nie góruje nad nami. Rzekłbym, że to właśnie ten czas, kiedy możemy mu spojrzeć w twarz i wreszcie stwierdzić, czy śmieje się do nas, czy z nas? A do tego mamy jeszcze darmowego artystę, który codziennie zaskakuje nas nową paletą barw. Czy potrzeba czegokolwiek więcej, żeby przestać zauważać swoją szarą codzienność?!

A jednak piąta kolumna

  Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...