Nikt
wszystkiego ci nie powie, a wraz z upływającym czasem będziesz
wiedział coraz mniej. Zostaną ci tylko jakieś liczby bez uczuć
związanych z nimi. Dlatego najcenniejsze są zawsze wspomnienia
bezpośrednich świadków wydarzeń i ich historie.
A
było tak. Zamknięte przychodnie na głucho, uprawiające jedynie
leczenie telefoniczne. Gdyby to był Monty Python, to śmiałbyś się
do rozpuku, ale to była (i ciągle jest) rzeczywistość. Masz
szczęście w swoim nieszczęściu, bo jest lekarz, który przyjeżdża
na wizyty domowe. Bada cię dokładnie i już wiesz, że masz ostre
zapalenie płuc, czyli skierowanie do szpitala. Naoglądałeś się w
telewizji reportaży o stojących przed szpitalami karetkach z
pacjentami i wożeniu ich pomiędzy nimi,
więc unikając tych atrakcji jedziesz tam prywatnym transportem. Na
miejscu cisza, nikogo nie widać i wszystko pozamykane. Jest dzwonek,
którego używasz, jednak nic się nie dzieje. Od razu żałujesz, że
nie ma kija, którym można by walnąć w parapet. Jest jednak
nadzieja, bo po długim czasie wychodzi do ciebie pielęgniarka. Nie
oczekiwałeś od niej empatii, więc nie jesteś rozczarowany. Czyta
skierowanie i informuje, że najpierw trzeba zrobić test i znika
za drzwiami. Zjawia się po dłuższej chwili z testem.
Pytasz, jak długo będziesz czekał na wynik? Okazuje się, że to
może być godzina, dwie, a może trzy. Wszystko zależy od
przysłowiowej pani Krysi, kiedy się za to zabierze. Czekasz więc
chory na dworze, niezależnie od pogody i nikogo to nie obchodzi. Po
długim czekaniu, dostajesz wiadomość o pozytywnym wyniku testu i
możesz przekroczyć drzwi szpitala.
Wchodząc
do środka widzisz wielki, ogrzewany, pusty hol, w którym mogłeś
czekać, ale nie mogłeś. Potem robią ci prześwietlenie i ze swoim
potwierdzonym zapaleniem
płuc
trafiasz na oddział specjalisty od leczenia wątroby. Trafiasz na
salę, podają ci tlen (to w zasadzie jedyne lekarstwo) i jakąś
kroplówkę na wzmocnienie organizmu i leżysz, bo nikt z personelu
do ciebie nie zajrzy. Na sali czeka cię jednak niespodzianka, bo
wbrew powszechnej narracji jesteś jedynym niezaszczepionym
pacjentem. Kiedy kończy się kroplówka, wciskasz guzik, aby
przywołać pielęgniarkę i czekasz. Czekasz, a czas płynie i
płynie. W końcu zagląda przez okienko w drzwiach i dalej czekasz,
bo musi się przebrać w kosmiczny kombinezon. W tym momencie masz
następną zagadkę, bo do śluzy przed drzwiami wychodzą pacjenci
odbierając posiłki, a także do łazienki i zaczynasz się
zastanawiać, dlaczego ten wirus zaraża na sali, a poza nią już
nie?
Leżysz
więc, bo nic specjalnego się nie dzieje, poza tym, że przez dwie
noce sąsiedniego pacjenta namawiają lekarze na respirator. Myślę,
że to był świetny pomysł, żeby ludziom z dziurawymi płucami
wtłaczać tlen pod ciśnieniem. Sąsiad się jednak
nie
zgodził, żyje i wyszedł ze szpitala o własnych siłach. Ty
po dziesięciu dniach też wychodzisz z workiem na śmieci, w który
musiałeś zapakować wszystkie swoje rzeczy. W
sumie miałeś szczęście, że twój organizm się nie poddał, bo
gdyby nie…
Niespodzianki
z twojego leczenia się jednak nie kończą, bo po wielu miesiącach
dowiadujesz się z raportu NIK, że leczyło cię ponad trzydzieści
osób personelu średniego, chociaż tych ludzi nie widziałeś, to
oni jednak cię leczyli, a już cudowne jest to, że lekarzy było
ponad dwudziestu, jakim cudem ich nie zapamiętałeś? W każdym
razie oni na pewno musieli być, bo odbierali dodatki covidowe. Próba
zrozumienia tego faktu, gdy wciąż słyszysz o braku lekarzy w
szpitalach, jest chyba stratą czasu.
I
kolejna ciekawa rzecz po opublikowaniu raportu przez NIK. Otóż!
Okazuje się, że wśród naszych polityków nikt nie chciał
wprowadzać lockdownów, segregacji sanitarnej, zmuszania do
szczepień i tak dalej. Nikt nie winny, wszyscy święci. To
sytuacja wypisz, wymaluj, jak w procesie norymberskim. Różnica jest
tylko taka, że tamten się jednak odbył.