poniedziałek, 31 sierpnia 2020
Nawet wymiotować się już nie chce
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
Korowód weselny z koronawirusem w tle
Jeśli znasz
tradycję, obyczaje i zwyczaje polskich wesel i w czasie pandemii zezwalasz na
taką właśnie zabawę dla dwustu pięćdziesięciu osób, to jak myślisz, co się
stanie? Jeśli w kilku powiatach zarządzasz tak zwaną czerwoną strefę, gdzie
panują najsurowsze restrykcje epidemiologiczne i ludzie z tej strefy mogą
spokojnie jechać do innego powiatu na wesele albo na wczasy, to czego
oczekujesz?
Można to sobie
wyobrazić na przykładzie wesela. Na początku jest oczywiście ślub w kościele.
Kultura i powaga. Można założyć, że zdecydowana większość gości przyjdzie w
maseczkach. Wszyscy kulturalnie zasiadają w ławkach daleko od siebie według
starej zasady, że im kto rzadziej zagląda do kościoła, tym dalej od ołtarza
siedzi. Zaraz po rozpoczęciu mszy większość maseczek pod wpływem siły ciążenia
opada na usta odsłaniając nos i nikomu nie przeszkadza, że maseczka pod nosem
uwydatnia tenże organ, czyniąc wszystkich podobnych do Gerarda Depardieu. Jest
też duża rzesza tych, którzy opuszczają maseczki na brody, gdyż broda jest
jednym z najważniejszych organów w układzie oddechowym. Ona jest tak bardzo
dotleniona, że nawet potrafi się pokryć owłosieniem i to niezależnie od tych
pięćdziesięciu kilku płci. Potem są życzenia, kiedy wszyscy stoją w kolejce
jeden za drugim, bo jak tu się dystansować, kiedy to jedna wielka rodzina. No
wprost nie wypada. Następnie obowiązkowy rosół, gdzie wszyscy grzecznie siedzą
i jedzą. Pamiętajmy, że rosół nie znosi zbędnych ruchów, gdyż wtedy plami
koszule i kreacje. A potem flaszka za flaszką, tańce oraz weselna swawola. I
kim trzeba być, aby w takim momencie pamiętać o jakichkolwiek rygorach? A
przecież jest jeszcze jakiś wujek Zenek z poetyckim „co ku… ze mną się nie
napijesz?”. Albo ciocia Halinka, która zawsze dramatycznie powie: „Boże! Ile to
lat żeśmy się już nie widzieli?!”. I już nie tylko następuje wymiana oddechów,
ale i ślinotok się pojawia. Na końcu są jeszcze ochy i ach, jak świetnie się
bawili i buziaczki lecą w ilościach hurtowych.
Oczywiście po miesiącach całkowitej izolacji
(i po wyborach) nie ma już mocnego, który by to powstrzymał. Ale czy naprawdę
nic nie można zrobić? Oczywiście, że można. Od wieków różni to powtarzają, że ludzie są dobrzy, a
tylko alkohol jest zły. A uściślając alkohol w połączeniu z człowiekiem.
Wystarczy teraz zabronić wyszynku alkoholowego, a zagrożenie epidemiczne
spadnie o kilkadziesiąt procent. Bo weźmy na przykład taki wspomniany już wujek
Zenek w ogóle się nie pojawi, bo po co? Ciocia Halinka, bez drinka, nie będzie
już taka wylewna i możemy dojść do wniosku, że ta nasza rodzina jest zupełnie
inna, niż do tej pory myśleliśmy. A młodzi (którzy przecież w tym dniu są
najważniejsi), zaoszczędzą sporo grosza, bo wydatek na alkohol odpada, a jak
nie ma alkoholu, to nie ma powodu do zakąszania. I wszyscy szczęśliwi – łącznie
ze statystykiem Ministerstwa Zdrowia.
poniedziałek, 10 sierpnia 2020
Forpoczta postępu
Mbweme
Kowalski mieszkał w małym malowniczym miasteczku w gminie Kamerun, województwo
Afryka. To było nowe, przygraniczne województwo, utworzone na mocy obietnic
wyborczych. Jako, że graniczyło z San Escobar postanowiono, iż tam właśnie powstanie
nasz skansen postępu, żeby nikt nie mógł zarzucić, że u nas wszędzie tylko
zacofanie i ciemnogród. Jednym słowem utworzenie tego województwa było dla władz lekarstwem, na niekończące się
kompleksy, wobec tak zwanego zachodu.
Mbweme od zawsze miał świadomość, że jest
w czepku urodzony. I chociaż to nie był biały czepek, nie narzekał. Od dzieciństwa
był już lokalną atrakcją i bardzo mu to pasowało. Jego imię (podobno ojciec,
gdy poszedł do urzędu, nie do końca był trzeźwy, a urzędniczka przygłucha)
rzadko kto potrafił wymówić, więc nazywali go murzynkiem, a gdy dorósł, to już tylko wymieniali jego nazwisko, gdy słowo
murzyn stało się nieużywalne, w wyniku wzrostu postępu. Próbowano mu wmówić, że
jest afroamerykaninem, lecz przecież ameryki nigdy nie widział, nawet nie miał
paszportu, bo po co? Kiedy tutaj miał,
jak pączek w maśle.
Gdy powstało nowe województwo i zaczął się
postęp Mbweme został niespodziewanie
wezwany do burmistrza, który zaproponował mu etat mniejszościowy, na co ten szybko
się zgodził, bo zwyczajna praca, jakoś go nie kręciła. Tak naprawdę to był cały
etat, tylko on był miasteczkową mniejszością, która miała bywać w lokalach,
pozować do zdjęć z turystami, udzielać wywiadów i tak dalej. Wymarzone życie,
więc szybko nawiązał nicie sympatii z urzędnikami, aby przypadkiem nikogo
podobnego do niego nie ważyli się zameldować w miasteczku. Zawsze trzeba
pamiętać z czego się żyje.
Uczciwie trzeba
powiedzieć, że ze swoich obowiązków wywiązywał się bez zarzutu. Nie minęło dużo
czasu, a tłumnie zaczęli przyjeżdżać do miasteczka mężczyźni nazywający siebie
kobietami i kobiety, które twierdziły, że one to mężczyźni. Wkrótce już nikogo nie dziwiły kobiety z
zarostem i mężczyźni mający cieńszy głos, niż najniższa krajowa. Mieszkańcy
zrobili się tolerancyjni i delikatni do tego stopnia, iż przestano używać form
osobowych, aby broń Boże, nikogo nie urazić. Później zwabieni otwartością
miasta zaczęli przyjeżdżać inni. Był na przykład osobnik, który identyfikował
się z koniem. Codziennie zamawiał w ulubionym barze owsiankę, a gdy mu się ktoś
nie spodobał, to po prostu go kopał. Nikt się nie skarżył i przyjmowano to ze
zrozumieniem, po przecież nikt nie będzie domagał się pociągnięcia konia do
odpowiedzialności. Kodeks tego nie przewidywał. Miejscowi też szybko zaczęli
korzystać z uroków postępu. Całe grupy wracające z zakrapianych imprez
załatwiały swoje potrzeby gdzie popadnie, na co żadne służby nie reagowały,
gdyż wiadomo było, że identyfikują się z czworonogami i muszą znaczyć swoją
drogę do domu. Oczywiście zjawił się też człowiek kot, który chodził po
miasteczku ocierając się o wszystkie osobniki mające atrybuty kobiece. Nikt
jednak, nie miał do niego pretensji, gdy się okazało, że codziennie wyłapywał myszy
w piwnicach, czyli naprawdę był pożyteczny.
Sielanka trwała i
nawet zaczęto się zastanawiać, czy nie rozszerzyć tego eksperymentu na inne
województwa, kiedy w miasteczku pojawił się pewien mały człowiek. Miał taki charakterystyczny
wąsik i kazał się nazywać Adolf. Władza z początku nie bardzo kojarzyła, ale
gdy się okazało, że odwiedza on wszystkie sklepy chemiczne w okolicy i w każdym
pyta: Czy mógłby kupić Cyklon B?”. Wtedy już była pewność, że każdy postęp
wcześniej, czy później zatoczy koło i zawsze wrócimy, tam gdzie już byliśmy.
Tylko jak i czy jest ktoś taki, co potrafi zatrzymać postęp?
środa, 5 sierpnia 2020
Kosmos jest bliżej niż myślimy
A jednak piąta kolumna
Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...
-
Takiego pytania nikt nie zadaje, a przecież odpowiedź na to pytanie, mogłaby zdefiniować fakt , dlaczego ta wojna wciąż trwa. A więc...
-
Skłamałbym, gdybym powiedział, że tego się spodziewałem, lecz prawdą jest, iż oczekiwałem tego. Po wielu, wielu latach Polska ma pr...
-
Kilka naszych ostatnich rządów wymyśliło sobie, że na Białorusi koniecznie musi być demokracja. Tak postanowili, więc póki tam rządz...