Mbweme
Kowalski mieszkał w małym malowniczym miasteczku w gminie Kamerun, województwo
Afryka. To było nowe, przygraniczne województwo, utworzone na mocy obietnic
wyborczych. Jako, że graniczyło z San Escobar postanowiono, iż tam właśnie powstanie
nasz skansen postępu, żeby nikt nie mógł zarzucić, że u nas wszędzie tylko
zacofanie i ciemnogród. Jednym słowem utworzenie tego województwa było dla władz lekarstwem, na niekończące się
kompleksy, wobec tak zwanego zachodu.
Mbweme od zawsze miał świadomość, że jest
w czepku urodzony. I chociaż to nie był biały czepek, nie narzekał. Od dzieciństwa
był już lokalną atrakcją i bardzo mu to pasowało. Jego imię (podobno ojciec,
gdy poszedł do urzędu, nie do końca był trzeźwy, a urzędniczka przygłucha)
rzadko kto potrafił wymówić, więc nazywali go murzynkiem, a gdy dorósł, to już tylko wymieniali jego nazwisko, gdy słowo
murzyn stało się nieużywalne, w wyniku wzrostu postępu. Próbowano mu wmówić, że
jest afroamerykaninem, lecz przecież ameryki nigdy nie widział, nawet nie miał
paszportu, bo po co? Kiedy tutaj miał,
jak pączek w maśle.
Gdy powstało nowe województwo i zaczął się
postęp Mbweme został niespodziewanie
wezwany do burmistrza, który zaproponował mu etat mniejszościowy, na co ten szybko
się zgodził, bo zwyczajna praca, jakoś go nie kręciła. Tak naprawdę to był cały
etat, tylko on był miasteczkową mniejszością, która miała bywać w lokalach,
pozować do zdjęć z turystami, udzielać wywiadów i tak dalej. Wymarzone życie,
więc szybko nawiązał nicie sympatii z urzędnikami, aby przypadkiem nikogo
podobnego do niego nie ważyli się zameldować w miasteczku. Zawsze trzeba
pamiętać z czego się żyje.
Uczciwie trzeba
powiedzieć, że ze swoich obowiązków wywiązywał się bez zarzutu. Nie minęło dużo
czasu, a tłumnie zaczęli przyjeżdżać do miasteczka mężczyźni nazywający siebie
kobietami i kobiety, które twierdziły, że one to mężczyźni. Wkrótce już nikogo nie dziwiły kobiety z
zarostem i mężczyźni mający cieńszy głos, niż najniższa krajowa. Mieszkańcy
zrobili się tolerancyjni i delikatni do tego stopnia, iż przestano używać form
osobowych, aby broń Boże, nikogo nie urazić. Później zwabieni otwartością
miasta zaczęli przyjeżdżać inni. Był na przykład osobnik, który identyfikował
się z koniem. Codziennie zamawiał w ulubionym barze owsiankę, a gdy mu się ktoś
nie spodobał, to po prostu go kopał. Nikt się nie skarżył i przyjmowano to ze
zrozumieniem, po przecież nikt nie będzie domagał się pociągnięcia konia do
odpowiedzialności. Kodeks tego nie przewidywał. Miejscowi też szybko zaczęli
korzystać z uroków postępu. Całe grupy wracające z zakrapianych imprez
załatwiały swoje potrzeby gdzie popadnie, na co żadne służby nie reagowały,
gdyż wiadomo było, że identyfikują się z czworonogami i muszą znaczyć swoją
drogę do domu. Oczywiście zjawił się też człowiek kot, który chodził po
miasteczku ocierając się o wszystkie osobniki mające atrybuty kobiece. Nikt
jednak, nie miał do niego pretensji, gdy się okazało, że codziennie wyłapywał myszy
w piwnicach, czyli naprawdę był pożyteczny.
Sielanka trwała i
nawet zaczęto się zastanawiać, czy nie rozszerzyć tego eksperymentu na inne
województwa, kiedy w miasteczku pojawił się pewien mały człowiek. Miał taki charakterystyczny
wąsik i kazał się nazywać Adolf. Władza z początku nie bardzo kojarzyła, ale
gdy się okazało, że odwiedza on wszystkie sklepy chemiczne w okolicy i w każdym
pyta: Czy mógłby kupić Cyklon B?”. Wtedy już była pewność, że każdy postęp
wcześniej, czy później zatoczy koło i zawsze wrócimy, tam gdzie już byliśmy.
Tylko jak i czy jest ktoś taki, co potrafi zatrzymać postęp?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz