Już prawie dwa lata bujamy się z tą pandemią, która gdy poszukać informacji na jakiej podstawie podejmuje się decyzję okazuje się być bardziej polityczna niż medyczna. Stąd te zaklęcia: „wytrzymajmy jeszcze dwa tygodnie” albo „szczepmy się, abyśmy wrócili do normalności”. Na normalność dostajemy nawet bilet zwany paszportem covidowym. Żeby go otrzymać trzeba dać się tylko ukłuć i udostępnić wiele swoich danych w różnych miejscach, które oczywiści będą, jak zawsze bardzo bezpieczne. Tym sposobem dostajemy wolność, chociaż podobno wolni się rodzimy. Błąd w systemie? Jest jeszcze taka drobna rzecz warta uwagi, że jeśli rząd może nam coś dać, to tak samo może odebrać. Na niespodzianki nigdy nie ma złego czasu.
Każdy na swój sposób korzysta ze swojej „wolności” i powinien mieć do tego prawo. A cóż w tej sytuacji robię ja? Szukam informacji w myśl zasady, że wiedzieć, to rozumieć. Do tej pory systematycznie „odwiedzały” nas wirusy grypy tak samo mutujące, jak ten najpopularniejszy. Potrafiło w Polsce jednego dnia zarazić się nawet kilkadziesiąt tysięcy osób i z tego powodu nikt nie robił testów, nikt nikogo nie zamykał itd. W swoim życiu na grypę chorowałem tylko raz, gdy w firmie dałem się namówić na szczepienie. Pewnie przypadek, ale tak było. Co do covida, to mimo, że nie unikałem kontaktów z ludźmi, z których niektórzy okazali się zakażeni – ciągle trwam. Szczęście?! Być może, a może to powód tego, że ośrodki zdrowia skutecznie zaczęły unikać chorych, więc pacjencie lecz się sam stało się koniecznością. Do maskowania mojej twarzy też się za bardzo nie przykładałem biorąc przykład z ministra zdrowia, który maskę zakłada, gdy pojawiają się kamery, albo w pobliżu poseł Braun.
No i co dalej? W mojej firmie większość osób zaszczepiona. Nie, żeby jakoś wierzyli w sens tego przedsięwzięcia, ale zwyczajnie wczasy były wykupione już rok wcześniej i to wyznacza ich sens życia (wylot do hotelu, tydzień lub dwa w nim i powrót). Takie pokolenie. Teraz szansa, że ja przywlokę deltę, omegę, lambdę, czy co tam jeszcze się pojawi, są znikome, ale że oni przywiozą już znacznie większe. W końcu wszystkie publikatory zapewniają ich o nieśmiertelności, więc się nie oszczędzają. Tym sposobem mogę otrzymać kiedyś taki prezent. Jeśli połączę to z przepowiedniami publicznymi ministra, jego doradców, a także coraz częściej absolwentów Akademii Medycznych, że umierać będą wyłącznie osoby niezaszczepione, to wierzę, że ta przepowiednia się sprawdzi. A dlaczego w to wierzę? Otóż, będąc jeszcze młodym za PRL-u dorabiałem sobie na nocnych dyżurach. W tamtym okresie lekarze często w tym samym czasie pracowali jednocześnie w dwóch miejscach, więc musieli się gdzieś wyspać. Przychodzili tedy do dyżurki pielęgniarek przed północą i jasno dawali do zrozumienia, że jakby się coś działo tu, albo tu, to mają ich nie budzić. To, że niektórzy pacjenci jednak przeżywali do rana, to tylko złośliwość ich charakterów sprawiała. I tu dobra dla mnie wiadomość – posiadam taki charakter. Czy jeśli wtedy takie sytuacje były możliwe, to czy dzisiaj nie są. Przecież okoliczności do tego są zdecydowanie lepsze.
Urodziłem się w podłym systemie, ale trwałem z nadzieją, że jak już dotrwam do swojej mety to wreszcie będzie normalnie w najzwyklejszym znaczeniu tego słowa. Obserwuję więc rzeczywistość i nieodparcie dopada mnie taka refleksja, że wracam do systemu, w którym nigdy nie chciałem być. Moi kumple ze szkolnej ławki zmarli sobie zwyczajnie, na zwyczajne choroby jeszcze przed pandemią, a ja trwam, więc nurtuje mnie takie pytanie: Kto z nas wygrał swoje życie?