środa, 25 marca 2020

Take me gdziekolwiek


Żyjemy w czasach paradoksów, a ostatnio w samym paradoksie, który trudno określić w czasie. Przez całe lata ludzie marzyli o własnych czterech kątach. Swoje mieszkanie (zwane niezależnie od metrażu apartamentem) albo mały domek – niby tak niewiele, ale jednak. Wielu się pozadłużało na szereg długich lat i wreszcie jest. Radość, radość, radość! Szczęśliwi, bo teraz można sobie życie urządzić.

I pojawił się nie wiadomo skąd, taki mały niepozorny (z początku nawet lekceważony) wirus. Tyci, niewidoczny, a zmusił ludzi do przebywania w tych swoich wymarzonych apartamentach dwadzieścia cztery godziny na dobę z najbliższymi, ukochanymi ludźmi. I to już nie jest takie wymarzone miejsce. Take me gdziekolwiek można usłyszeć, wypowiadane życzenie zmęczonym głosem.

Często też kiedyś słychać było, że po kiego grzyba muszę przychodzić do pracy, skoro to samo mógłbym/mogłabym robić w domu. Po co mam oglądać ciągle te „znienawidzone gęby” i słuchać ich wyimaginowanych problemów.  I zjawiło się to małe, niewidoczne, za to bardzo ruchliwe coś. Pracujemy w domu, a skoro tak, więc mamy czas. A jako, że wszyscy jesteśmy zdolni i zdalni, więc jak tu powiedzieć szefowi, że nasze osiem godzin minęło już dwie godziny temu i czas by do domu. Przecież jesteśmy w domu. Take me to the Office – słychać cichutko.

A czy może być też inaczej? Radość z nowej sytuacji. Oczywiście! Zawsze tak było, że czy to wojna, czy epidemia, to ktoś tracił ale też ktoś robił interes życia. Wiele zacnych rodzin tak zaistniało. Małe szczęścia też się zdarzają. Ileż to ludzi narzekało, że mimo, iż są mądrzy, inteligentni i obyci, to jednak samotni. Problem zawsze się unaoczniał, kiedy patrzyli w lustro. Uroda, a właściwie jej brak, kierował ich ku samotności. I niczym opatrzność, znak z nieba zjawia się ten właśnie, na którego nie można spojrzeć i przed którym należy zakryć twarz. Maseczki powodują, że z naszej maski uwidocznione są tylko oczy. Szansa jedna na nie wiadomo ile na znalezienie tego jedynego, który dostrzeże to piękne   nasze wnętrze, naszą duszę. Jednego człowieka, bo tylko taki tłum wolno nam spotkać. Take me gdziekolwiek, gdzie on/ona jest.

A ja przemieszczający się z punktu A do punktu B i z punktu B do punktu A przez puste centrum C – rozkoszuję się tym „krzykiem ciszy”, ale co będzie, gdy ona zacznie mi w uszach dzwonić, jak Dzwon Zygmunta. Take me gdziekolwiek…

piątek, 20 marca 2020

Wina i wina


Wina i wina. Czy te wyrazy piszę, czy też czytam, trudno cokolwiek rozróżnić. Klasyczna zagadka pod tytułem znajdź różnice. A przecież ta wina może być twoja, jak również te wina mogą być  - także twoje. Żeby było jeszcze ciekawiej to te wina mogą być przyczyną twojej winy, ale już twoja wina, nigdy nie stanie się twoim winem.

Co to jest wino? Klasyczny napój, jak nazwa wskazuje robiony z winogron. Wynaleziono całe wieki temu podobno w bardzo starożytnym Babilonie. W niektórych rejonach świata pije się je, jak herbatę, natomiast herbatę tam się pije, jak u nas wino. Symetryczne zachowania, chociaż świat jest zdecydowanie bardziej kanciasty.

A co to jest wina? Klasyczny stan powstały z produkcji sumienia. Tak zwany wyrzut, który uświadamia ci, że coś zwyczajnie zawaliłeś, spieprzyłeś lub tylko zachowałeś się, jak cham.

Osobliwością jest, że jeżeli mężczyzna jest winny to sytuacja jest, co najmniej niesmaczna. Natomiast jeśli to ocet jest winny, to wręcz przeciwnie, właśnie on nadaje smaku. Dlatego ocet w liczbach bezwzględnych ma zdecydowanie większe szanse znaleźć się w rękach kobiety, niż taki facet. Dla równowagi parytetowej powinienem teraz napisać o winnej kobiecie. Jednakże życie pokazuje, że kobieta nigdy nie jest winna. Koniec i kropka. No chyba, że wcześniej opróżniła kilka butelek swojego ulubionego wina, ale i wtedy nie jest tak do końca winna, jednakże ma zdecydowanie winny smak. A skoro smak jest winny, to oczywiście nie jest winna kobieta, co było do udowodnienia.

Podobno każdą winę można odkupić. Świadomie piszę podobno, bo ilekroć mi się zdarzyło być czemuś winny, to nie znalazłem nikogo, kto by chciał ją ode mnie odkupić za jakąkolwiek cenę. Czasami wydaje mi się, że nawet gdybym   został królem, to i tak byłbym królem winnym. No może czasami czerwiennym. Kończąc chciałbym się usprawiedliwić i  wyraźnie to napisać, że to nie jest tylko moja wina, iż powstał ten tekst.

środa, 18 marca 2020

Pusty śmiech


Śmiech to zdrowie, a czegóż nam obecnie  bardziej potrzeba?! Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz… Śmiech to śmiech i ogólnie jest to prawda, jednakże gdy wejść głębiej w zagadnienie, to wszystko można pokomplikować. Skąd on się bierze? Z naszych czeluści i w zależności co w nich jest,  taki też śmiech możemy z siebie wydobyć. Pusty śmiech może nam od razu podpowiedzieć, że taki osobnik nie ma zbytnio przepełnionych tychże czeluści, wiec w zasadzie należy się cieszyć, że chociaż tyle się z nich wydobywa. Z kolei przeciwieństwem byłby śmiech pełny, lecz o nim ciężko zdobyć jakiekolwiek informacje. Może, co dziwne, w przyrodzie nie występuje, albo występuje tylko w zamkniętych zakładach. A skoro tak to i wiedza niedostępna.

    Śmiech to także lekarstwo, bo chorzy przecież się nie śmieją. Występuje wiele terapii z tym związanych. I tak dla przykładu na urologii jeśli pacjent posika się ze śmiechu, jest to oczywisty znak, że problemy minęły i na następny dzień może spodziewać się wypisu. Albo weźmy taki rechot. Nie jednego nieprzytomnie zakochanego młodzieńca wyleczył z odurzenia, kiedy jego księżniczka wydobyła go z siebie. Uświadamiał wtedy sobie, że to była kiedyś żaba, którą ktoś nieopacznie pocałował. Śliska miłość – nikt o takiej nie marzy. Śmiech na sali. Teraz to wiadomo, maksymalnie pięćdziesiąt osób, ale w starej rzeczywistości nie było ograniczeń. Jak widać, czasami okoliczności sprzyjają, tym którzy lubią „palnąć” klasyczną głupotę. Wspomnieć należy również tak zwany śmiech półgębkiem. Jeśli człowiek nie ma problemów neurologicznych, to możemy stwierdzić, że mamy do czynienia z typem chwiejnym i niezdecydowanym, co do swojej reakcji. Często nim ona nastąpi, to i tak nikt jej nie widzi, bo czas przecież płynie sobie niezależnie.

Na deser zostawiłem sobie subtelny, albo raczej szelmowski śmiech. Myślę, że jest on najbardziej ciekawy. Jeśli występuje   u facetów, to nie ma specjalnie o czym pisać. Wiadomo, że taki gość chce cię wykorzystać, oszukać, zlekceważyć, czyli ogólnie ma cię za tak zwanego cieniasa. Co innego kobiety. Tutaj szelmowski śmiech to istna poezja dla męskich oczu. To jak akumulator ładujący wyobraźnię. Ja nawet pisząc to, to widzę, te pagórki leśne, te łąki zielone „szeroko nad błękitnym niebem rozciągnione”, te pola malowane w cudowne kolory, te ruczaje, gaje, ptaki i krzaki. W takim uśmiechu się wszystko zmieści. Jedyny problem, żebyśmy tam kiedykolwiek byli. Wtedy moglibyśmy poznać szczery śmiech szczęścia.

środa, 11 marca 2020

Moje miasto tylko dla mnie


     W ciągu jednego życia w tym mieście można było przeżyć: epidemię ospy, stan wojenny, powódź tysiąclecia i kolejną epidemię. A to tylko najważniejsze wydarzenia. Jeśli ktoś chciałby żyć w ciekawych czasach, to jest szczęściarzem.

     Jest to pewien rodzaj radości, kiedy idę sobie popołudniem przez rynek, a tam spokój, jakby to by była dopiero siódma rano. Żadnego Niemca z NRD, żadnego Japończyka, Włocha, Hiszpana, ani nawet Ukraińca, bo ci akurat jeszcze byli na budowie. Spokój, cisza, sielanka oraz zdziwienie, że jest to możliwe. Nawet stojący tam zawsze mim, miał tak zdziwioną minę, że chyba po raz pierwszy można było wyczytać prawdę z jego twarzy. W lokalach każdy klient obsługiwany tak, jakby to sama angielska królowa się zjawiła. Oczywiście, że to nie ze względu na jego szaty, lecz z tego powodu, że następny mógł się już dzisiaj nie zjawić. W tramwajach pustki, bo większość ludzi w marketach zajęło się tropieniem makaronu, ryżu, konserw i tego co im jeszcze przyjdzie do głowy. Mógłbym im oczywiście powiedzieć, że „w moim” warzywniaku to wszystko jest i czeka na klientów. Ale po co komuś psuć zabawę. Niech szukają i kupują. Potem będą musieli te swoje zapasy zjeść i nie zazdroszczę im tej diety. Przez kilka miesięcy na zmianę ryż, makaron, ryż i tak dalej.

     A najbardziej mnie cieszy fakt, że wykupiono wszelkie dostępne środki myjące. A skoro wykupiono, to znaczy, że ludzie zaczną tych środków używać. I już oczami wyobraźni widzę, a nosem czuję, że oto wsiadam w upalny dzień do środka masowej komunikacji, a tam czuć lawendą, fiołkami - słowem linia Chanel nr 10 albo nr 33, zależnie gdzie wsiądę. I po raz kolejny można stwierdzić, że nawet najgorsze sytuacje, nie do końca są takie.

     Podsumowując ten mój dzień, mógłbym powiedzieć, że pozostaje nam tylko żyć i nie umierać, z dużym akcentem na to pierwsze. W końcu cały nasz kraj dzielnie walczy z epidemią, która się rozlała po całym świecie. Wszyscy wypowiadają się z wielką wiarą w rychłe zwycięstwo i ja chyba też. A to „chyba” napisałem, patrząc – jak u mnie w firmie pani dzielne walczy z wirusami i zarazkami przy pomocy jednej brudnej szmaty, czyli tak zwanej uniwersalnej ścierki. I jesteśmy w domu, a ten dom to Polska.

wtorek, 3 marca 2020

Piękna mydlarka


     Poniedziałkowe popołudnie. Wincenty Przeciętny, jak zwykle wracał pieszo z pracy. Mógłby jechać tramwajem, ale tramwaje ostatnio jeżdżą przypadkowymi trasami, albo wcale i niewiele się w nich dzieje, więc on uważał, że gdy będzie chodził pieszo, to kiedyś coś się jednak zdarzy. Niestety w poniedziałek nic się nie zdarzyło i wrócił tradycyjnie do swojego pustego mieszkania.

     Tych, co znali Wincentego trochę dłużej, zaskakiwało bardzo, że posiadał on mniemanie i to mniemanie posiadał zdecydowanie o sobie. Czuł instynktownie, że zasługuje na więcej, na więcej niż inni. Cóż mógł na to poradzić. Problem był tylko w tym, że inni nie mieli o tym zupełnie pojęcia.

     Niespodziewanie po poniedziałku nastąpił wtorek i Wincenty idąc swoją stałą trasą rozglądał się bardziej niż zwykle, gdyż postanowił sobie być od dzisiaj człowiekiem rezolutnym. Ten cudowny i śmiały pomysł sprawił, że już po niedługiej chwili zauważył właśnie nowy sklep z dużym, kolorowym neonem wyświetlającym napis Mydlarnia. Wiedziony swoją szelmowską ciekawością postanowił do niego zajrzeć przez szybę wystawową. To co zobaczył wprawiło go w osłupienie. Stał tak niczym rażony piorunem, bez ruchu, bez świadomości, że tuż obok niego toczy się życie. Był ponad to.

     W środę Wincenty nie był w stanie już skupić się na niczym. Jedyną i ciągle powracającą myślą było to, iż dzisiaj znowu stanie przed mydlarnią. Tak oczywiście zrobił. Stał tam i cały czas się gapił na postać stojącej za ladą mydlarki. Jakże cudną istotą ona się wydawała jemu. Tak, to było spełnienie jego wieloletnich marzeń i wielu cudownych snów. Co prawda lada sklepowa była tak ustawiona, że widział swój obiekt westchnień tylko z tyłu, ale przecież awers musi pasować do rewersu.

     Czwartkowym popołudniem Wincenty poczuł się trochę jakby pewniej (ale jeszcze nie na tyle, żeby wejść do środka i przyjrzeć się z bliska swojej boskiej mydlarce) i zaczął dopuszczać do swego umysłu drobne myśli erotyczne w postaci przecudownych piersi, które widział przed swoimi oczami. Chociaż tak do końca, to nic nie zobaczył, gdyż ekran jego wyobraźni w większości zasłaniały anielskie włosy, tej która powinna być jego.

     Nadszedł piątek i to miał być ten dzień. Już od samego rana Wincenty Przeciętny zbierał odwagę w sobie, a ponieważ był zdecydowanie sporym mężczyzną, to miał przed sobą dużo zbierania. Jednocześnie układał najwspanialsze teksty, jakie wypowie, gdy już znajdzie się w środku mydlarni. Oczywiście, niczym american man nastawił się bardzo pozytywnie do tego. Musiał to zrobić dzisiaj, bo w weekendy było nieczynne, a on nie wyobrażał sobie dwóch dni w samotności.

     To już ten moment. Zerknął jeszcze przez szybę do środka. Jego anioł był tam, jak co dzień. Stanął przed drzwiami i powinien oczywiście nacisnąć klamkę, ale postanowił jeszcze wziąć kilka oddechów, przecież tlen rozświetla umysł, a niczego bardziej mu teraz nie było potrzeba. Wreszcie nie było odwrotu, Wincenty nacisnął klamkę i bardzo wolno i delikatnie zaczął otwierać drzwi. Cudowny zapach, który nagle natarł na niego, sprawił, że nogi zdecydowanie zrobiły się bardzo luźne. Walcząc z myślami i zwiotczałymi mięśniami wszedł do środka, a wraz  z jego wejściem zadzwonił dzwonek, umieszczony nad drzwiami. Na ten dźwięk, odwróciła się jego wyśniona mydlarka. Wincenty spojrzał i jęknął: O Jezuuu!

     Ale nie zobaczył tam twarzy żadnego Jezuska, tylko zdrowe oblicze Andrzeja Dudy, który odezwał się do niego tymi słowami: No nareszcie! Mój przeciętny wyborco, którego jeżdżąc po Polsce moim autobusem, usilnie szukam. Ty jesteś moją nadzieją i szansą. Cały czas czekam tu na pana. Wincenty  próbował coś odpowiedzieć, ale z ust wyleciała mu tylko i pękła wielka bańka mydlana.

A jednak piąta kolumna

  Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...