Żyjemy w czasach paradoksów, a ostatnio w samym paradoksie,
który trudno określić w czasie. Przez całe lata ludzie marzyli o własnych
czterech kątach. Swoje mieszkanie (zwane niezależnie od metrażu apartamentem)
albo mały domek – niby tak niewiele, ale jednak. Wielu się pozadłużało na szereg
długich lat i wreszcie jest. Radość, radość, radość! Szczęśliwi, bo teraz można
sobie życie urządzić.
I pojawił się nie wiadomo skąd, taki mały niepozorny (z początku
nawet lekceważony) wirus. Tyci, niewidoczny, a zmusił ludzi do przebywania w
tych swoich wymarzonych apartamentach dwadzieścia cztery godziny na dobę z
najbliższymi, ukochanymi ludźmi. I to już nie jest takie wymarzone miejsce.
Take me gdziekolwiek można usłyszeć, wypowiadane życzenie zmęczonym głosem.
Często też kiedyś słychać było, że po kiego grzyba muszę
przychodzić do pracy, skoro to samo mógłbym/mogłabym robić w domu. Po co mam
oglądać ciągle te „znienawidzone gęby” i słuchać ich wyimaginowanych problemów. I zjawiło się to małe, niewidoczne, za to
bardzo ruchliwe coś. Pracujemy w domu, a skoro tak, więc mamy czas. A jako, że
wszyscy jesteśmy zdolni i zdalni, więc jak tu powiedzieć szefowi, że nasze
osiem godzin minęło już dwie godziny temu i czas by do domu. Przecież jesteśmy
w domu. Take me to the Office – słychać cichutko.
A czy może być też inaczej? Radość z nowej sytuacji.
Oczywiście! Zawsze tak było, że czy to wojna, czy epidemia, to ktoś tracił ale
też ktoś robił interes życia. Wiele zacnych rodzin tak zaistniało. Małe
szczęścia też się zdarzają. Ileż to ludzi narzekało, że mimo, iż są mądrzy,
inteligentni i obyci, to jednak samotni. Problem zawsze się unaoczniał, kiedy
patrzyli w lustro. Uroda, a właściwie jej brak, kierował ich ku samotności. I
niczym opatrzność, znak z nieba zjawia się ten właśnie, na którego nie można
spojrzeć i przed którym należy zakryć twarz. Maseczki powodują, że z naszej
maski uwidocznione są tylko oczy. Szansa jedna na nie wiadomo ile na
znalezienie tego jedynego, który dostrzeże to piękne nasze
wnętrze, naszą duszę. Jednego człowieka, bo tylko taki tłum wolno nam spotkać.
Take me gdziekolwiek, gdzie on/ona jest.
A ja przemieszczający się z punktu A do punktu B i z punktu B
do punktu A przez puste centrum C – rozkoszuję się tym „krzykiem ciszy”, ale co
będzie, gdy ona zacznie mi w uszach dzwonić, jak Dzwon Zygmunta. Take me gdziekolwiek…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz