Przez ostatnie trzy lata mówienie o pokoju w Europie, to była rosyjska narracja, a ten kto to mówił, nazywany był ruskim agentem. Słychać tylko było o tym, jak to Ukraińcy wygrywają, a gdy fakty temu przeczyły, to zaraz, lada moment, spodziewana była wielka kontrofensywa, co przechyli szalę zwycięstwa. Ciekawe, czy ktoś naprawdę w to wierzył? Wszystko zmieniło się po zwycięstwie Trumpa. Nagle zrozumiano, że jeśli nie chce się uznać, że Europa jest już trupem w polityce światowej, to należy coś zrobić. Tym pomysłem jest wysłanie europejskich wojsk na Ukrainę, gdyż Amerykanie, tak jak walczyli z Rosjanami za pomocą Ukraińców, tak też nie będą im pilnować pokoju.
No i zaczęła się dyskusja, skąd wziąć to wojsko. W Polsce, jak to zawsze przed wyborami, politycy wsłuchują się w nastroje społeczeństwa i oczywiście nikt naszych żołnierzy tam nie chce wysłać. Pamiętamy jednak, że przed poprzednimi wyborami, dokładnie tak samo nikt nie chciał przyjmować „inżynierów” z Afryki i Azji, a po roku już tego jednolitego i zdecydowanego głosu nie ma, a rząd buduje dla nich ośrodki za miliony złotych. Powinniśmy pamiętać, że na tym froncie zarówno jedni, jak i drudzy bardzo nas „kochają”, więc Polski żołnierz nigdy by nie miał pewności, czy dostanie kulkę w brzuch, czy w plecy?
Jeśli nie Polacy, to kto powinien tam pojechać? Pierwsza myśl, to oczywiście Niemcy. Chcą rządzić w Europie, to niech jadą, tylko że ta armia nie jest w stanie podnieść się po okresie zarządzania nią przez Ursulę Von. W takim razie Brytyjczycy. Ci pewnie są to tego chętni, jednakże oni zawsze lubią walczyć za czyimiś plecami, a ciężko o takich ochotników. Francuzi od czasów II Wojny Światowej, nie potrafią się wyzwolić od drwin na temat ich waleczności.
To może gdzieś dalej poszukajmy. Duńczycy, pewnie by i pojechali, jednakże w konstytucji maja zapisane, iż nie można ich wysłać w miejsce, gdzie mogli by zginąć, więc ten pomysł odpada. Holendrzy wsławili się ucieczkę ze Srebrenicy, w czasie wojny w Jugosławii, umożliwiając masakrę Bośniaków przez Serbów. To zawsze może się powtórzyć. A nowa armia w strukturach NATO – Szwecja? Cóż! Widziałem zdjęcia z parady tego wojska w różowym czołgu i podobnym umundurowaniu. Na froncie musieliby mieć wielką tablicę ze swoimi zaimkami, żeby Rusek nie cieszył się, że trafił jego, lecz tylko onego, a to chwały nie przynosi. I tak można pisać w nieskończoność. W tej sytuacji, aż dziwnym jest, że to nas się starszy ruskimi bombami.
W tym wszystkim najsmutniejsze jest jednak to, że Polacy nauczyli się wybierać wyłącznie pomiędzy POPiS-em, który jest gwarancją naszego marazmu, kompleksów i frajerstwa. Tym sposobem kolejne pięć minut, które się otworzyło w polityce międzynarodowej, znowu nie będzie nasze.