To był jeden z najpiękniejszych poranków. Obudził się
wyspany, rześki i taki leciutki, że żadna waga nie byłaby w stanie nawet
drgnąć. I ta wesołość, którą czuł w każdym członku swojego ciała, a miał ich
przecież bardzo wiele. Przez chwilę zastanawiał się nad przyczyną tego luksusu,
który na niego spadł, tak niespodziewanie. Może to sen, ale niczego nie był w
stanie sobie przypomnieć. A może dopadł go niespodziewany przypływ gotówki,
który może powodować podobną euforię. Chwilę myślał, ale jedyne rzeczy, jakie
był sobie w stanie przypomnieć, to kolejne rachunki do zapłaty wyciągnięte
wczoraj ze skrzynki.
Nic nie rozumiejąc wstał, udając się do
łazienki. Tam właśnie usłyszał muzykę, która grała mu gdzieś w środku.
Zaskoczyło go, że nie znał dotychczas tej melodii. Co to mogło być? Wtedy
uświadomił sobie, że to w duszy mu gra. Nie był na to przygotowany. Szybko więc
znalazł jakąś kartkę. Niedbale narysował pięciolinię i ze zdziwieniem
stwierdził, że ręka (jakby sama) stawia nutkę za nutą i choćby bardzo chciał,
nie był w stanie przerwać tej czynności. Półnuty, ćwierćnuty i ósemki
wyskakiwały niczym karty z rękawa iluzjonisty. Pisał tak te nuty zszokowany, bo
przecież nie robił tego dobrych kilkadziesiąt lat.
Zapisał wszystko i
postanowił zasiąść do śniadania. Rozłożył wszystkie produkty na stole i wtedy poczuł
coś dziwnego. Jakby odruch wymiotny, aczkolwiek jeszcze nic nie zjadł, więc
dlaczego? Mimowolnie otworzył jednak usta i wtedy się zaczęło… Rymy wyskakiwały
mu z ust jeden z drugim. Dosłownie wymiotował słowami. Zapisywał posłusznie każde
słowo, stwierdzając z niedowierzaniem, że oto powstaje zwrotka za zwrotką i
każda ma sens. Każda następna zazębia się z poprzednią i w każdej rytm, i w
każdej rym, a wszystko to idealnie współgra z napisaną wcześniej muzyką. Tym
sposobem stworzył wspaniałe dzieło. Tylko czy to na pewno on? I skąd mu się to
wzięło? Może wczoraj uderzył się w głowę i nie pamięta tego? Obmacał całą swoją
czaszkę i nie było tam niczego, co by o tym świadczyło. Nie jadł żadnych
dziwnych produktów, a zaciągał się jedynie tytoniem i to z legalnego źródła.
Dopiero wieczorem,
gdy odwiedził go znajmy lekarz, okazało się, że to nie dusza mu grała, tylko oskrzela,
bo miał zapalenie. Cóż! Zatytułował zapisane dzieło „Requiem chorej duszy” i
czekał na następny atak.