Całe wieki starano się
wymyślić eliksir życia. Szarlatani, naukowcy czynili starania, aby dokonać tego
wielkiego dzieła. Była i jest to również znakomita pożywka dla artystów. Takie
wielkie marzenie dużych i małych ludzików. I w tym całym zamieszaniu wszystkim
umknęło, że taki eliksir już istnieje od zarania dziejów. Tym eliksirem jest
nadzieja, która nakręca nasze życie. A nadzieja to wiara, że ona się spełni.
Kiedy tylko pojawiamy się na świecie, razem z nami rodzi się nadzieja. Otwieramy po raz
pierwszy oczy i już ją widzimy. Ci którzy pechowo urodzili się biedni od samego
początku maja nadzieję, że to się zmieni. Obsypani bogactwem, że wręcz
przeciwnie, stan ten będzie trwał na zawsze.
Potem zaczynamy edukację i tu też ciągle
są nadzieje, że przyjdzie łatwo, że nasz umysł okaże się genialny, że
wcześniej, czy później zaskoczymy wszystkich naszym geniuszem. Lata lecą, nasze
życie toczy się z dnia na dzień i na ogół nie zmienia się nic, lecz wciąż jest
ta myśl, że jeśli nie jutro, to na pewno
po jutrze, będziemy podziwiani przez
edukacyjną społeczność. Zwykle z tego nic nie wychodzi i wcześniej, czy później
pojawia się bunt, jako nasze antidotum na niepowodzenia. Zbuntowany jednak też
ma nadzieję, że jego bunt będzie tym co wstrzyma oddech świata, a gdy już ten
oddech wyjdzie, to my będziemy na tych samych ustach, z których się oddech
wydobywał.
Edukacja się kończy, bunt mija i zaczynamy
robić karierę, a w zasadzie znów pojawia się nadzieja na to, że ta kariera
będzie, że będziemy podziwiani i uwielbiani przez wszystkich. Nie mamy jednak
świadomości, że gdy rzeczywiście zaczniemy robić karierę, to ilość podziwiających
nas zamiast się zwiększać, zdecydowanie spada. Jakże to, przecież jestem taki
mądry, elokwentny i nawet dowcipny, a ludzie mnie nienawidzą?! Wtedy pojawia
się pomysł: Ja wam jeszcze pokażę! I rzucamy się w wir życia. Brylujemy na salonach,
parkietach, otaczamy się takimi samymi ludźmi sukcesu i zdawać by się mogło, że
odkryliśmy sens życia.
Mijają lata, uroda razem z nimi, czar
osobisty, to już stara czara, która interesuję wyłącznie zbieraczy staroci, a
przecież mieliśmy nadzieję na wieczną młodość. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy –
to już nie powróci. Zaczyna się przebijać świadomość, że ludzie na starość (albo na
choroby) umierają. Strach zagląda nie tylko w oczy. I znowu powraca, to co nas
cały czas trzymało przy życiu, czyli nadzieja. Najpierw nadzieja, że pomimo, iż
wokół trup ścieli się coraz gęściej i na cmentarzu bywamy teraz częściej niż w
markecie, to jednak nas to nie dotyczy. W końcu jednak wiemy, że my też musimy
ewakuować się z tego świata. Taka niestety kolej rzeczy. Cóż nam pozostaje?!
Pozostaje nam nadzieja na kolejny rok, może miesiąc, tydzień, albo chociaż
dzień.
Ludzie wierzący w Boga mają do dyspozycji
jeszcze taki bonus w postaci nadziei na zmartwychwstanie i wieczne życie. Może
to umierającym nie pomaga szczególnie, ale przynajmniej łagodzi ból tym co
pozostają. Zdecydowanie gorzej mają ateiści. Byłeś, żyłeś, umarłeś i kogo to
obchodzi. Wychodzi na to, że ateiści żyją na świecie znacznie krócej. Lecz póki
życie, póty nadzieja!