Sławosz poleciał. Mówią, że w kosmos, chociaż są liczne głosy, że tylko na orbitę okołoziemską. Tak, czy siak, cena za ten lot jest naprawdę kosmiczna. Jest drugim Polakiem, który tam się znalazł. Pierwszym był Mirosław Hermaszewski, który poleciał, gdyż wypadła nasza kolej, w ramach współpracy krajów demokracji ludowej. Z tego pierwszego lotu, pamiętam tylko, iż wylądował w gęstym łanie kukurydzy, nie niszcząc przy tym ani jednej kolby. Nie wiem ile wtedy to nas kosztowało, ale to były raczej koszty polityczne, nie finansowe.
Dlaczego i po co poleciał Sławosz? Mało osób o to pyta, bo i kto miałby odpowiedzieć na takie pytanie? Podejrzewam, że nasza „elita” w ten sposób czuje się dowartościowana. To jest taki rodzaj, ulubionego przez nich, poklepywania po ramieniu. Mogliby za te pieniądze zrobić coś rzeczywiście dobrego dla kraju, lecz to by wymagało wysiłku, a tak zapłacone, tweety napisane i można się zająć przez kolejne tygodnie rekonstrukcją rządu, co w zwykłym języku oznacza, kto z koalicjantów wyrwie więcej dla siebie. I nie narzekajmy, bo to wszystko się dzieje dla naszego dobra i szczęścia.
Powróćmy jednak do kosmosu, bo aby uzasadnić wydaną kasę, to „będziemy” tam realizować wielkie eksperymenty. Dużą przecież sprawą są polskie pierogi na orbicie i co bardzo ciekawe – drożdże. Pomysł z tymi drożdżami wyszedł od polskich naukowców. I w tym jest cały problem, bo gdyby o tym decydował zwykły Kowalski, to pamiętałby, że do drożdży niezbędny jest cukier. Proporcję przecież każdy zna. To 1410, czyli 1 kilogram cukru, 4 litry wody i 10 dag drożdży. Mielibyśmy własną Moon Label, czyli popularną księżycówkę, pędzoną prawie na samym księżycu. Wreszcie byłaby jakaś Polska kosmiczna marka. Wariaci z pieniędzmi, by się o nią zabijali. Trochę kasy by się zwróciło, a jaka duma by rozparła zwykłego Kowalskiego. Cały świat by nam zazdrościł. Naprawdę mogło być pięknie. Taka szansa się już nie powtórzy. Niestety! Sławosz wyląduje bohatersko w naszym grajdole i zostanie nam, jak zawsze, nasze przeminęło z wiatrem.