Jeśli coś
czytam, to jest rzeczą oczywistą, że czytany tekst tworzy w mojej świadomości obraz tego. Takie mimowolne skojarzenie, które
jest chyba poza naszą kontrolą. Kiedy
więc widzę tytuł „Poświęcenie szambiarki”, to też taki automatyczny obraz mam.
Wyobrażam sobie,
że oto gdzieś w Polsce, nieważne gdzie, bo przecież wszędzie to może się
zdarzyć, następuje jakaś katastrofa. Gwałtowna zmiana pogody w czasie trwającego
festynu. Ludzie przerażeni i spanikowani. A wtedy nie wiadomo skąd pojawia się
szambiarka, która podjeżdża pod scenę i w tym momencie dach sceny spada na
szambiarkę. Z szambiarki nici, ale dzięki temu zostaje uratowane życie
dziesiątek ludzi. Duma i bohaterstwo. Idzie powódź. Na skraju wsi, na bagnach
mieszka stara kobieta (szeptucha, a może znachorka). Nikt się nie kwapi do
pomocy, bo teren niebezpieczny. I znowu znikąd zjawia się szambiarka, która oczywiście
tonie, ale babcia jest uratowana, Chwalebny czyn. W jedynym przedszkolu w
gminie następuje wyciek nieznanej, w zapachu toksycznej substancji. Nikt nie
chce pomóc, bo nie wiadomo co to jest, więc sprzętu szkoda. I znowu zjawia się
nasza szambiarka. Jak było do przewidzenia, po tej akcji nie nadaje się już do
użytku. Jednakże przedszkole uratowane. Uśmiech maluje się na twarzach dzieci i
ich matek. Piękne.
Tak się jednak składa, że zawsze poniżej
tytułu jest jeszcze tekst, w którym czytam, że o to w jakiejś gminie na
rubieżach, czy też całkiem w centrum pewien
proboszcz dał się skusić. Dał się skusić i dokonał poświęcenia nowo zakupionej przez
Zakład Wodociągów i Kanalizacji – szambiarki. Otóż co o tym myśleć! Wiem, że jakby
to nie brzmiało, to pieniądze nie śmierdzą. Tylko, że w tym przypadku, ile by
kropidła nie zużył, to i tak z tego gówno wyjdzie! I myślę sobie, że to jest doskonała alegoria życia dużej części
moich rodaków. Jakbyś się nie poświęcał, to i tak…