Polacy uwielbiają martyrologię. Dziesiątki lekcji, akademii i
apeli zrobiły swoje. Wiedza została przyswojona. W świadomości jest wyryte
głębokim rylcem, że należy cierpieć, cierpienie jest dobre i szlachetne. A kto
w czasie tego cierpienia nie chce lub nie potrafi odczuwać narodowego bólu,
mówiąc w najłagodniejszej formie, powinien się przynajmniej za to wstydzić i
kajać do końca życia.
Mając powyższą
wiedzę nie czuję się ani zdziwiony, ani też rozczarowany, że stworzyliśmy sobie
kolejną okazję do tych zbiorowych uczuć. Więc, jak to w naszej historii już
bywało – znowu mamy wybór. Otóż! Możemy dudnić w drzwi, albo trzasnąć drzwiami.
Oba sposoby są co najmniej niekulturalne. W obydwu wypadkach razem będziemy
cierpieć z powodu hałasu. A przecież podobno jest to plaga dwudziestego pierwszego
wieku. Ale kogo to powstrzyma?! Kiedy z czystym sumieniem można się użalać nad
swoim losem.
Za stary już
jestem i każdy hałas mi szkodzi. Chciałoby się rozkoszować ciszą, spokojem. Chciałoby się
mieć świadomość, że drzwi to tylko sposób na to, żeby wejść i wyjść –
korzystając z klamki. Tak mnie nauczono. Jednakże nie pierwszy raz się okazuję,
że rzeczy proste i oczywiste, takimi nie są. Musi być głośno i prymitywnie, a
skoro musi to tak będzie. W tej sytuacji przycupnę sobie cichutko pod drzwiami
i poczekam, aż się to przetoczy. Nic nie może wiecznie trwać. Ja też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz