W życiu wymyślono już wszystkie triki. Można je upudrować, pomalować, coś tam dodać od siebie, ale to będzie wciąż ten sam stary trik, co nie zmienia faktu, że ludzie wciąż będą się na niego nabierać.
Przypomniała mi się taka historia z dawnych lat. W czasach mojej PRL-owskiej młodości pracowałem w warsztacie, jako fachowiec. Było nas tam kilku. Między innym pracował z nami taki stary pafawagowiec (tak! Był kiedyś taki zakład). Stamtąd właśnie miał on taki nawyk, że gdy tylko drzwi do warsztatu się otwierały, on szybko brał młotek do ręki i walił bez opamiętania w imadło. Jeśli w drzwiach zjawiał się majster albo kierownik, to dobierał sobie jakiś gwóźdź, pręt, cokolwiek było w pobliżu i dalej traktował to młotkiem. Dzięki temu w oczach kierownictwa, uchodził zawsze za bardzo pracowitego gościa, a my… wiadomo.
To już nie warsztat, a sfery rządowe, a sytuacja, jakby rodem stamtąd. Kiedy tylko otwierają się drzwi zainteresowania społecznego, zaciekawione co też tam dobrego dla nas robi rząd, wtedy też zaczyna się uderzanie w imadło. Tym imadłem najczęstszym jest aborcja, tak zwane związki partnerskie, rekonstrukcja rządu i wiele innych sposobów, które maskują nieróbstwo, indolencję lub zwykły tumiwisizm. I to za każdym razem działa.
Jakże więc sprawić, żeby te plus minus trzydzieści procent ludzi dojrzało ten młotek i to imadło? Jak im uświadomić, że bije ich to wprost po kieszeni i zabiera im marzenia? Marzenia o życiu z przymiotnikiem, jaki by tylko chcieli. Czy potrzebny jest tu okulista, psycholog, czy może psychiatra? Może właśnie dlatego do wszystkich tych fachowców potrzebne jest skierowanie i długi czas oczekiwania?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz