Wszyscy pamiętają ten wynik w Brukseli dwadzieścia siedem do
jednego. Ówcześnie pełniąca obowiązki premiera ogłosiła wielkie zwycięstwo
Polski. Większość to obśmiała na wszelkie możliwe sposoby, że to żadne
zwycięstwo, a zwykłe lanie. Jednak nie Naczelni Prezes. On uwierzył w ten
sukces i nawet, co mu się nigdy nie zdarza osobiście pofatygował się na
lotnisko z kwiatami, aby złożyć gratulację i przywitać zwyciężczynię. Bardzo
piękny gest i jakże męskie zachowanie.
Wkrótce po tym odwołał pełniącą obowiązki
premiera, oczywiście dla jej dobra, bo przecież ludzi sukcesu nie mamy znowu
tak dużo, a walka z siłami zła trwa nieustannie, więc należy oszczędnie
gospodarować kapitałem ludzkim. Dzięki temu kobieta sukcesu mogła spokojnie
oddawać się pracy dla dobra narodu, robiąc „coś tam, coś tam” w rządzie
odrabiając hojną darowiznę dla Caritasu z pieniędzy, które jej się należały.
Przyznam, że sam do ubiegłego piątku nie
wierzyłem, że wynik dwadzieścia siedem do jednego, może oznaczać zwycięstwo. O jakże
małej wiary ja jestem. Czeka mnie długa i ciężka praca nad sobą. I właśnie w
ten miniony piątek oglądałem (oczywiście nie w telewizji Kurskiego) mistrzostwa
świata w skokach narciarskich, pamiętając, że biednemu, to wiatr wieje w oczy,
wiec zwycięstwo musi być nasze – a tu… wszystkim w oczy, a nam w plecy i
dwudzieste siódme miejsce. Myślę sobie: cholerna dobra zmiana z jej wzrostem
gospodarczym, nawet tej małej radości mnie pozbawiła. I nagle wszystko się
poodwracało w drugiej serii i pierwsze miejsce. Dwadzieścia siedem do jednego
to jest mistrzostwo świata. Słuszną linię ma nasza partia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz