Poniedziałkowe popołudnie. Wincenty
Przeciętny, jak zwykle wracał pieszo z pracy. Mógłby jechać tramwajem, ale
tramwaje ostatnio jeżdżą przypadkowymi trasami, albo wcale i niewiele się w nich
dzieje, więc on uważał, że gdy będzie chodził pieszo, to kiedyś coś się jednak zdarzy.
Niestety w poniedziałek nic się nie zdarzyło i wrócił tradycyjnie do swojego
pustego mieszkania.
Tych,
co znali Wincentego trochę dłużej, zaskakiwało bardzo, że posiadał on mniemanie
i to mniemanie posiadał zdecydowanie o sobie. Czuł instynktownie, że zasługuje
na więcej, na więcej niż inni. Cóż mógł na to poradzić. Problem był tylko w
tym, że inni nie mieli o tym zupełnie pojęcia.
Niespodziewanie
po poniedziałku nastąpił wtorek i Wincenty idąc swoją stałą trasą rozglądał się
bardziej niż zwykle, gdyż postanowił sobie być od dzisiaj człowiekiem rezolutnym.
Ten cudowny i śmiały pomysł sprawił, że już po niedługiej chwili zauważył
właśnie nowy sklep z dużym, kolorowym neonem wyświetlającym napis Mydlarnia.
Wiedziony swoją szelmowską ciekawością postanowił do niego zajrzeć przez szybę
wystawową. To co zobaczył wprawiło go w osłupienie. Stał tak niczym rażony
piorunem, bez ruchu, bez świadomości, że tuż obok niego toczy się życie. Był
ponad to.
W
środę Wincenty nie był w stanie już skupić się na niczym. Jedyną i ciągle
powracającą myślą było to, iż dzisiaj znowu stanie przed mydlarnią. Tak
oczywiście zrobił. Stał tam i cały czas się gapił na postać stojącej za ladą
mydlarki. Jakże cudną istotą ona się wydawała jemu. Tak, to było spełnienie
jego wieloletnich marzeń i wielu cudownych snów. Co prawda lada sklepowa była
tak ustawiona, że widział swój obiekt westchnień tylko z tyłu, ale przecież
awers musi pasować do rewersu.
Czwartkowym popołudniem Wincenty poczuł się
trochę jakby pewniej (ale jeszcze nie na tyle, żeby wejść do środka i przyjrzeć
się z bliska swojej boskiej mydlarce) i zaczął dopuszczać do swego umysłu
drobne myśli erotyczne w postaci przecudownych piersi, które widział przed
swoimi oczami. Chociaż tak do końca, to nic nie zobaczył, gdyż ekran jego
wyobraźni w większości zasłaniały anielskie włosy, tej która powinna być jego.
Nadszedł
piątek i to miał być ten dzień. Już od samego rana Wincenty Przeciętny zbierał
odwagę w sobie, a ponieważ był zdecydowanie sporym mężczyzną, to miał przed
sobą dużo zbierania. Jednocześnie układał najwspanialsze teksty, jakie
wypowie, gdy już znajdzie się w środku mydlarni. Oczywiście, niczym american
man nastawił się bardzo pozytywnie do tego. Musiał to zrobić dzisiaj, bo w
weekendy było nieczynne, a on nie wyobrażał sobie dwóch dni w samotności.
To
już ten moment. Zerknął jeszcze przez szybę do środka. Jego anioł był tam, jak
co dzień. Stanął przed drzwiami i powinien oczywiście nacisnąć klamkę, ale
postanowił jeszcze wziąć kilka oddechów, przecież tlen rozświetla umysł, a
niczego bardziej mu teraz nie było potrzeba. Wreszcie nie było odwrotu, Wincenty
nacisnął klamkę i bardzo wolno i delikatnie zaczął otwierać drzwi. Cudowny
zapach, który nagle natarł na niego, sprawił, że nogi zdecydowanie zrobiły się
bardzo luźne. Walcząc z myślami i zwiotczałymi mięśniami wszedł do środka, a
wraz z jego wejściem zadzwonił dzwonek,
umieszczony nad drzwiami. Na ten dźwięk, odwróciła się jego wyśniona mydlarka. Wincenty
spojrzał i jęknął: O Jezuuu!
Ale
nie zobaczył tam twarzy żadnego Jezuska, tylko zdrowe oblicze Andrzeja Dudy,
który odezwał się do niego tymi słowami: No nareszcie! Mój przeciętny wyborco,
którego jeżdżąc po Polsce moim autobusem, usilnie szukam. Ty jesteś moją
nadzieją i szansą. Cały czas czekam tu na pana. Wincenty próbował coś odpowiedzieć, ale z ust wyleciała
mu tylko i pękła wielka bańka mydlana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz