Jeśli znasz
tradycję, obyczaje i zwyczaje polskich wesel i w czasie pandemii zezwalasz na
taką właśnie zabawę dla dwustu pięćdziesięciu osób, to jak myślisz, co się
stanie? Jeśli w kilku powiatach zarządzasz tak zwaną czerwoną strefę, gdzie
panują najsurowsze restrykcje epidemiologiczne i ludzie z tej strefy mogą
spokojnie jechać do innego powiatu na wesele albo na wczasy, to czego
oczekujesz?
Można to sobie
wyobrazić na przykładzie wesela. Na początku jest oczywiście ślub w kościele.
Kultura i powaga. Można założyć, że zdecydowana większość gości przyjdzie w
maseczkach. Wszyscy kulturalnie zasiadają w ławkach daleko od siebie według
starej zasady, że im kto rzadziej zagląda do kościoła, tym dalej od ołtarza
siedzi. Zaraz po rozpoczęciu mszy większość maseczek pod wpływem siły ciążenia
opada na usta odsłaniając nos i nikomu nie przeszkadza, że maseczka pod nosem
uwydatnia tenże organ, czyniąc wszystkich podobnych do Gerarda Depardieu. Jest
też duża rzesza tych, którzy opuszczają maseczki na brody, gdyż broda jest
jednym z najważniejszych organów w układzie oddechowym. Ona jest tak bardzo
dotleniona, że nawet potrafi się pokryć owłosieniem i to niezależnie od tych
pięćdziesięciu kilku płci. Potem są życzenia, kiedy wszyscy stoją w kolejce
jeden za drugim, bo jak tu się dystansować, kiedy to jedna wielka rodzina. No
wprost nie wypada. Następnie obowiązkowy rosół, gdzie wszyscy grzecznie siedzą
i jedzą. Pamiętajmy, że rosół nie znosi zbędnych ruchów, gdyż wtedy plami
koszule i kreacje. A potem flaszka za flaszką, tańce oraz weselna swawola. I
kim trzeba być, aby w takim momencie pamiętać o jakichkolwiek rygorach? A
przecież jest jeszcze jakiś wujek Zenek z poetyckim „co ku… ze mną się nie
napijesz?”. Albo ciocia Halinka, która zawsze dramatycznie powie: „Boże! Ile to
lat żeśmy się już nie widzieli?!”. I już nie tylko następuje wymiana oddechów,
ale i ślinotok się pojawia. Na końcu są jeszcze ochy i ach, jak świetnie się
bawili i buziaczki lecą w ilościach hurtowych.
Oczywiście po miesiącach całkowitej izolacji
(i po wyborach) nie ma już mocnego, który by to powstrzymał. Ale czy naprawdę
nic nie można zrobić? Oczywiście, że można. Od wieków różni to powtarzają, że ludzie są dobrzy, a
tylko alkohol jest zły. A uściślając alkohol w połączeniu z człowiekiem.
Wystarczy teraz zabronić wyszynku alkoholowego, a zagrożenie epidemiczne
spadnie o kilkadziesiąt procent. Bo weźmy na przykład taki wspomniany już wujek
Zenek w ogóle się nie pojawi, bo po co? Ciocia Halinka, bez drinka, nie będzie
już taka wylewna i możemy dojść do wniosku, że ta nasza rodzina jest zupełnie
inna, niż do tej pory myśleliśmy. A młodzi (którzy przecież w tym dniu są
najważniejsi), zaoszczędzą sporo grosza, bo wydatek na alkohol odpada, a jak
nie ma alkoholu, to nie ma powodu do zakąszania. I wszyscy szczęśliwi – łącznie
ze statystykiem Ministerstwa Zdrowia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz