poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Korowód weselny z koronawirusem w tle

 

     Jeśli znasz tradycję, obyczaje i zwyczaje polskich wesel i w czasie pandemii zezwalasz na taką właśnie zabawę dla dwustu pięćdziesięciu osób, to jak myślisz, co się stanie? Jeśli w kilku powiatach zarządzasz tak zwaną czerwoną strefę, gdzie panują najsurowsze restrykcje epidemiologiczne i ludzie z tej strefy mogą spokojnie jechać do innego powiatu na wesele albo na wczasy, to czego oczekujesz?

 

     Można to sobie wyobrazić na przykładzie wesela. Na początku jest oczywiście ślub w kościele. Kultura i powaga. Można założyć, że zdecydowana większość gości przyjdzie w maseczkach. Wszyscy kulturalnie zasiadają w ławkach daleko od siebie według starej zasady, że im kto rzadziej zagląda do kościoła, tym dalej od ołtarza siedzi. Zaraz po rozpoczęciu mszy większość maseczek pod wpływem siły ciążenia opada na usta odsłaniając nos i nikomu nie przeszkadza, że maseczka pod nosem uwydatnia tenże organ, czyniąc wszystkich podobnych do Gerarda Depardieu. Jest też duża rzesza tych, którzy opuszczają maseczki na brody, gdyż broda jest jednym z najważniejszych organów w układzie oddechowym. Ona jest tak bardzo dotleniona, że nawet potrafi się pokryć owłosieniem i to niezależnie od tych pięćdziesięciu kilku płci. Potem są życzenia, kiedy wszyscy stoją w kolejce jeden za drugim, bo jak tu się dystansować, kiedy to jedna wielka rodzina. No wprost nie wypada. Następnie obowiązkowy rosół, gdzie wszyscy grzecznie siedzą i jedzą. Pamiętajmy, że rosół nie znosi zbędnych ruchów, gdyż wtedy plami koszule i kreacje. A potem flaszka za flaszką, tańce oraz weselna swawola. I kim trzeba być, aby w takim momencie pamiętać o jakichkolwiek rygorach? A przecież jest jeszcze jakiś wujek Zenek z poetyckim „co ku… ze mną się nie napijesz?”. Albo ciocia Halinka, która zawsze dramatycznie powie: „Boże! Ile to lat żeśmy się już nie widzieli?!”. I już nie tylko następuje wymiana oddechów, ale i ślinotok się pojawia. Na końcu są jeszcze ochy i ach, jak świetnie się bawili i buziaczki lecą w ilościach hurtowych.

 

     Oczywiście po miesiącach całkowitej izolacji (i po wyborach) nie ma już mocnego, który by to powstrzymał. Ale czy naprawdę nic nie można zrobić? Oczywiście, że można. Od wieków  różni to powtarzają, że ludzie są dobrzy, a tylko alkohol jest zły. A uściślając alkohol w połączeniu z człowiekiem. Wystarczy teraz zabronić wyszynku alkoholowego, a zagrożenie epidemiczne spadnie o kilkadziesiąt procent. Bo weźmy na przykład taki wspomniany już wujek Zenek w ogóle się nie pojawi, bo po co? Ciocia Halinka, bez drinka, nie będzie już taka wylewna i możemy dojść do wniosku, że ta nasza rodzina jest zupełnie inna, niż do tej pory myśleliśmy. A młodzi (którzy przecież w tym dniu są najważniejsi), zaoszczędzą sporo grosza, bo wydatek na alkohol odpada, a jak nie ma alkoholu, to nie ma powodu do zakąszania. I wszyscy szczęśliwi – łącznie ze statystykiem Ministerstwa Zdrowia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

A jednak piąta kolumna

  Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...