To był bezobjawowo piękny wieczór. Lało i wiało tak, że bezobjawowa cisza przenikała bębenki uszne. Samotny mężczyzna szedł bezobjawowym parkiem, który stanowiły trzy przydrożne drzewa, a mimo to alejka ciągnęła się bez końca. Po drodze mijał przechodniów, a także stojących, którzy objawiali zainteresowanie jego osobą. Czy to z powodu jego bezobjawowej i nienachalnej urody? Czy też z powodu bezobjawowo wypowiadanych wielu słów? Nie wiadomo. Fakt ten nie objawił się autorowi.
Dokąd zmierzał i skąd przybywał? Tego żaden Pegasus nie był w stanie ustalić, jego kroki tego nie objawiały. Stawiał nogę prawą, potem lewą i tak się przemieszczał. To był ważny wieczór dla niego. Po przeżytych już wielu dziesiątkach lat zaczął liczyć, a to akurat potrafił. Najpierw na cud, a potem na objawienie? Ale czy takie rzeczy się zdarzają? Przecież przez całe lata, jego wiara była bardzo bezobjawowa! Kiedy to sobie uświadomił… Zawył z rozpaczy. Nie, żeby zaraz chciał to zrobić. To po prostu tak niespodziewanie wyrwało się z jego trzewi.
To właśnie był ten impuls. Impuls, którego potrzebował. Pomyślał: teraz albo nigdy! Tak właśnie nadszedł czas na ostatnie ryczenie bawołu. Zebrał się w sobie chwytając w jedną garść. Następnie rozejrzał niespiesznie i już wiedział, gdzie teraz skieruje swoje kroki. Na horyzoncie właśnie objawił się klub, w którym nie był już od wieków. Momentalnie się wyprostował (zyskując ładnych parę centymetrów) i napiął wszystkie znane sobie mięśnie. Tak! Wchodzę!
I wszedł! Wszyscy natychmiast wyrazili bezobjawowe zainteresowanie pojawieniem się jego. Nie zraziło go to nic, a nic, gdyż one, jak się spodziewał, tam były. Siedziały razem przy stoliku i patrzyły na niego takim wzrokiem, jakby czekały całe lata na ten moment. To go natychmiast bardzo ośmieliło. Przysiadł się, jakby nigdy nic i po amerykańsku zagadał: O to jestem! Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Alkohol, tańce i swawola! Swawola, tańce i alkohol! Szczególnie ta swawola przypadła mu do gustu. Gdyby znalazł chociaż chwilkę czasu, to próbował by sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak było. Ale nie miał czasu. W końcu wiedział, że to jednak nieodwołalnie ostatnie ryczenie bawołu. Czuł w sobie moc. I korzystał z niej.
Obudził się wraz ze wschodem słońca. Wiedział, że na pewno nie stracił głowy, gdyż czuł ją bardziej niż zwykle. W gardle ostatnia ślina musiało go opuścić już bardzo dawno temu i wracać nie zamierzała. Ostrożnie rozejrzał się dokoła. Wiele nie widział. Zdążył jednak zarejestrować śpiącą, jak zawsze obok żonę. Czyli awantury nie było? A bawół? Przestało go to interesować w momencie, gdy przemówił do niego jego własny pęcherz. Udał się więc do łazienki i mimochodem, przymkniętymi oczami spojrzał w lustro. Czy to możliwe? Takie rzeczy przecież się nie objawiają? I dlaczego ja? Dlaczego? Przemył oczy i już nie miał wątpliwości… są. Dwa wielkie, jak najbardziej jego własne… bawole rogi!
Czy taka historia w ogóle mogła się wydarzyć? Czy można to z całą pewnością stwierdzić? Oczywiście, że można! Wystarczy tylko zrobić test… wyobraźni!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz