Tak po
prawdzie trzydzieści pięć procent, to taka raczej damska impreza, czyli nie za
poważna. Jednakże to już wystarczy, aby język mógł się lekko zaplątać. Plotą
więc trzy po trzy. Jedni by chcieli święta wolności, a drudzy kombinują, jak
być za i jednocześnie przeciw, czyli klasyka gatunku, która chyba nigdy nie
zaginie. Jak zawsze wszyscy, wszystkich zapraszali, a zapraszani oczywiście
byliby, gdyby tylko dostali zaproszenie.. Słowem bon ton mężów stanu.
Trzeba mieć wielką klasę, jak prezydent
Gdańska, żeby cienkim głosikiem z tłumu wołać pełniącego obowiązki premiera do
stołu, a on, jako wielki mąż stanu, żeby wołania nie słyszeć. Przypominało to
słynną wymianę uprzejmości, kiedy naczelnik prezes zwracał się do tego - Zbyszka,
a on falsetem (przy którym bracia Gibb to klasyczny bas), odpowiadał Jarku… Dla
mnie poziom żenady ten sam. A jutro? Jutro pewnie znów jakaś żenada będzie. Jedni będą „ą” i „ę” i
może nowi bohaterowie się pojawią, a drudzy wymienią pierwszą ligę na drugą,
którą z kolei zastąpi trzecia i przekonają nas, że będzie jeszcze lepiej. Dużo
wiary teraz potrzeba.
Trzydzieści lat temu 4 czerwca, ja korzystałem w pełni ze
swojej wolności i nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się wybrać na spacer do
urny. Wolność jest albo jej nie ma. To tak jakby założyć stringi i krzyczeć, że
się w majtkach chodzi, chociaż wszyscy
wokół widzą gołą dupę. Tamte wybory dogadano przy czterdziestoprocentowym
alkoholu, więc można było się chociaż tego trzymać A potem był strach, gdy
dzisiejsi bohaterowie zobaczyli, jak bardzo społeczeństwo ich nie zrozumiało.
No i trzeba było naginać prawo, aby ratować towarzyszy i tak już im zostało do
dzisiaj. A wolność? To w naszej rzeczywistości brak prędkości, czyli taki slow
down, chyba że zabraknie slow.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz