czwartek, 15 października 2020

Kapitulacja twierdzy

 

    Ten dzień zapowiadany był już od tygodnia, a oczekiwany od miesięcy. To bardzo ważny dzień dla wszystkich, chociaż bezpośrednio dotyczył tylko dwóch osób. Nie dziwi więc, że mimo bardzo niesprzyjającej pogody od samego rana w umówionym miejscu zebrały się tłumy dziennikarzy. Były tam wszystkie  możliwe stacje radiowe i telewizyjne, reporterzy gazet i czasopism. Wśród czekających wyczuwało się olbrzymie napięcie, mimo że całe zdarzenie miało się rozegrać dopiero o godzinie dziesiątej. Nikt nie odpuszczał, pilnując swojego miejsca, aby jak najdokładniej zrelacjonować to co miało się wydarzyć.

 

     Dochodziła już wyznaczona godzina i coraz bardziej nerwowy wzrok kierował się na drzwi, które lada chwila miały się otworzyć. Jednocześnie wypatrywano człowieka, który już przed tymi drzwiami powinien przecież stać. To pan Józef, który w całym swoim życiu nigdy nie uchylał się od bohaterstwa. Zawsze liczył na siebie, bo wiedział przecież, że inni liczą na niego. Tak i dzisiaj pomimo swoich siedemdziesięciu lat, dziarsko przedzierał się przez tłum dziennikarzy. Minęła dziesiąta i nic się, jednak nie działo. Wszyscy zaczęli już powątpiewać w realność tego wydarzenia. Wtedy jednak z pod maseczki w pasy łowickie Pana Józefa (lubił zawsze podkreślać skąd pochodzi) można było usłyszeć uspokajające słowa, że tak zwana obsuwa od lat należy do naszej świętej tradycji. To uspokoiło wszystkich.

 

     Było już dobrze po dziesiątej, gdy ktoś zauważył poruszającą się klamkę. Zaszumiało i zawrzało. Tak! To jest ten moment. Oto na oczach setek dziennikarzy, a za ich pośrednictwem milionów ludzi otwierają się drzwi twierdzy, jeszcze do niedawna zwanej przychodnią zdrowia. Magiczny moment, gdy w drzwiach ukazał się w całej okazałości pan Doktor. Ciężko było go rozpoznać, gdyż posiadał na sobie wszystkie możliwe zabezpieczenia Pół przyłbicę i całą także, maseczkę i kombinezon. Z tego też powodu nie wszyscy usłyszeli słowa skierowane do pana Józefa, które brzmiały: „Zapraszam Pana”.

 

     Lecz wtedy stała się rzecz nieoczekiwana. Z tłumu wyskoczyła niczym młoda koza, torując sobie drogę laską, pani Kazia i wykorzystując zaskoczenie wręczyła Doktorowi karteczkę, w celu wypisania recepty. Oszołomiony pan Doktor wziął tą karteczkę delikatnie w palce, mając świadomość znajdujących się na niej tryliardów wirusów. Tylko nieliczni przecież wiedzieli, że w swoim prywatnym gabinecie codziennie przelicza banknoty od pacjentów, ale pieniądze to przecież jest życie, a życia lekarz się  nie boi.

 

     Po tej chwili zamieszania wszystko wróciło do normy, czyli można było zarejestrować wejście pana Józefa do twierdzy na prawdziwą wizytę lekarską. Jeszcze tylko oficjalne zdjęcia obu panów w gabinecie po dwóch stronach biurka i jak w dawnych czasach, za zamkniętymi drzwiami gabinetu, następował proces leczenia schorzeń pana Józefa. Radości w całym kraju było co nie miara. W narodzie zaświtała nadzieja, że można, jak za dawnych lat, leczyć się pod patronatem NFZ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

A jednak piąta kolumna

  Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...