Ten dzień zapowiadany był już od tygodnia, a oczekiwany od
miesięcy. To bardzo ważny dzień dla wszystkich, chociaż bezpośrednio dotyczył
tylko dwóch osób. Nie dziwi więc, że mimo bardzo niesprzyjającej pogody od
samego rana w umówionym miejscu zebrały się tłumy dziennikarzy. Były tam
wszystkie możliwe stacje radiowe i
telewizyjne, reporterzy gazet i czasopism. Wśród czekających wyczuwało się
olbrzymie napięcie, mimo że całe zdarzenie miało się rozegrać dopiero o
godzinie dziesiątej. Nikt nie odpuszczał, pilnując swojego miejsca, aby jak
najdokładniej zrelacjonować to co miało się wydarzyć.
Dochodziła już
wyznaczona godzina i coraz bardziej nerwowy wzrok kierował się na drzwi, które
lada chwila miały się otworzyć. Jednocześnie wypatrywano człowieka, który już
przed tymi drzwiami powinien przecież stać. To pan Józef, który w całym swoim
życiu nigdy nie uchylał się od bohaterstwa. Zawsze liczył na siebie, bo
wiedział przecież, że inni liczą na niego. Tak i dzisiaj pomimo swoich
siedemdziesięciu lat, dziarsko przedzierał się przez tłum dziennikarzy. Minęła
dziesiąta i nic się, jednak nie działo. Wszyscy zaczęli już powątpiewać w
realność tego wydarzenia. Wtedy jednak z pod maseczki w pasy łowickie Pana
Józefa (lubił zawsze podkreślać skąd pochodzi) można było usłyszeć uspokajające
słowa, że tak zwana obsuwa od lat należy do naszej świętej tradycji. To
uspokoiło wszystkich.
Było już dobrze po
dziesiątej, gdy ktoś zauważył poruszającą się klamkę. Zaszumiało i zawrzało.
Tak! To jest ten moment. Oto na oczach setek dziennikarzy, a za ich pośrednictwem
milionów ludzi otwierają się drzwi twierdzy, jeszcze do niedawna zwanej
przychodnią zdrowia. Magiczny moment, gdy w drzwiach ukazał się w całej
okazałości pan Doktor. Ciężko było go rozpoznać, gdyż posiadał na sobie
wszystkie możliwe zabezpieczenia Pół przyłbicę i całą także, maseczkę i
kombinezon. Z tego też powodu nie wszyscy usłyszeli słowa skierowane do pana
Józefa, które brzmiały: „Zapraszam Pana”.
Lecz wtedy stała
się rzecz nieoczekiwana. Z tłumu wyskoczyła niczym młoda koza, torując sobie
drogę laską, pani Kazia i wykorzystując zaskoczenie wręczyła Doktorowi
karteczkę, w celu wypisania recepty. Oszołomiony pan Doktor wziął tą karteczkę
delikatnie w palce, mając świadomość znajdujących się na niej tryliardów
wirusów. Tylko nieliczni przecież wiedzieli, że w swoim prywatnym gabinecie
codziennie przelicza banknoty od pacjentów, ale pieniądze to przecież jest
życie, a życia lekarz się nie boi.
Po tej chwili
zamieszania wszystko wróciło do normy, czyli można było zarejestrować wejście
pana Józefa do twierdzy na prawdziwą wizytę lekarską. Jeszcze tylko oficjalne zdjęcia
obu panów w gabinecie po dwóch stronach biurka i jak w dawnych czasach, za
zamkniętymi drzwiami gabinetu, następował proces leczenia schorzeń pana Józefa.
Radości w całym kraju było co nie miara. W narodzie zaświtała nadzieja, że
można, jak za dawnych lat, leczyć się pod patronatem NFZ.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz