W życiu zdarzają się takie paradoksy, których nawet najwięksi mędrcy nie są w stanie przewidzieć. Coś, co staje się w danym momencie dramatem i tragedią, po czasie, niespodziewanie zamienia się w sukces. I tylko bardzo nieliczni, zadają sobie wtedy pytanie: A co by było, gdyby?
Jedyne wydarzenie, jakie było w stanie ostatnio na chwilę przedrzeć się przez front polskich mediów, to awans piłkarzy na mistrzostwa świata w Katarze, które odbędą się pod koniec tego roku. To jest dobra wiadomość, bo jak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, to o tej porze roku może być już duży problem z „chlebem”, więc chociaż igrzyska będziemy mieli. Chwała ci Panie, chociaż za to.
A jak do tego doszło? Otóż! Na jesieni ubiegłego roku graliśmy ostatni mecz w grupie eliminacyjnej ze słabo w tym czasie spisującymi się Węgrami. Mieliśmy swój szczęśliwy stadion, gorącą publiczność i w zasadzie zwycięstwo w kieszeni, które dawało nam rozstawienie podczas losowania przeciwników i do tego jeszcze gwarantowany atut własnego boiska. Czyli luzik. Ale… Ówczesny trener Paulo Sousa postanowił wspólnie z naszym najlepszym piłkarzem (o czym nikt nie chce pamiętać), że Robert Lewandowski w tym meczu nie zagra. Było zdziwienie, ale w końcu co nam złego mogło się stać?! Jak to co? Przegraliśmy wygrany mecz. Atuty padły, tak samo jak inwektywy pod adresem trenera. Ten wkrótce strzelił focha i zniknął z dnia na dzień. Wylosowaliśmy Rosję i nasza pewność siebie już nie była taka pewna. I wtedy, niechcący pomocną dłoń wyciągnął do nas towarzysz Putin wjeżdżając na Ukrainę (to nasza jedyna korzyść z tej wojny). Po chwilowym zamieszaniu dostaliśmy prezent od losu, czyli walkower. Jeśli ktoś twierdzi, że to nie miało znaczenia, to niech mi przypomni, kiedy w ostatnich dwudziestu latach wygraliśmy w ciągu paru dni, dwa mecze z trudnymi przeciwnikami. Ja niestety nie pamiętam. W tej sytuacji ważnym pytaniem jest: Kto podziękuje Sousie? To jego zasługa, bo każdy inny trener, mecz z Węgrami by wygrał i marzenie o grze na mistrzostwach świata, byłoby naszym marzeniem przez kolejne cztery lata.
Będziemy mieć, więc igrzyska. Nienormalne, jak wszystkie ostatnio, kiedy sport jest tak naprawdę przy okazji, bo liczy się przede wszystkim polityka, a jak polityka to i pieniądze. Dziwny to jest świat, kiedy rano idziesz kupić choinkę, a wieczorem oglądasz polskich piłkarzy w finale mistrzostw świata. To ostatnie mnie nie zdziwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz