Z naukowego punktu widzenia to
najważniejszym organem człowieka jest mózg, co przekłada się na rozum i
inteligencję. Jednakże nauka to jedno, a życie to drugie i często łamie takie
stereotypy. Nie wiem, jak było dawniej, ale w PRL-u najważniejsze były plecy.
Kto je miał ten żył. To był taki ustrój, gdzie niewielu miało pracę, ale etat
wszyscy. I właśnie do zdobycia właściwego etatu potrzebne były plecy. Bardzo
często na takim etacie, który zdobywało się za
pomocą pleców, pensja była tak marna, że z ekonomicznego punktu widzenie
trzeba było być idiotą, aby się tam zatrudnić. Cała tajemnica na takim etacie
nie kryła się jednak w wypłacie, ale możliwościach, które się otwierały w takim
miejscu. Była to łatwość poznawania kolejnych ważnych osób, zdobywania różnych
pozwoleń, talonów i bonów do miejsc i dóbr niedostępnych dla osób, które takich
pleców nie posiadały.
Ktoś mógłby
sądzić, że u reszty społeczeństwa organ w postaci pleców był w zaniku, jak
każdy nie używany. Nic bardziej błędnego. Wiadomym jest, że nawet najlepiej
dobrana i zorganizowana grupa potrzebuje kogoś, kogo może nie darzy sympatią, ale
kto pisząc kolokwialnie - odwala całą robotę, bo coś w tych raportach i
sprawozdaniach znaleźć się musi, żeby wszyscy mogli trwać w spokoju. A nagrodą
dla tego człowieczka było właśnie poklepanie po plecach. Wielki gest! Tak było
w PRL-u, po którym nastała wymarzona, czy też wywalczona (na ten temat są różne
zdania) wolność. Zmieniono wszystko, właśnie po to, żeby nic się nie zmieniło.
Ci co mają plecy do kariery dalej poklepują tych co mają plecy tylko do klepania.
Śmiem twierdzić, że jest to nasz narodowy organ i tylko kwestią niedługiego
czasu jest nowa specjalizacja medyczna o nazwie dorsumologia, bo na różne bóle
nas stać, ale ból pleców to już by był taki kryzys, że nawet telewizja
Kurskiego nie potrafiła by tego przekuć w sukces.
Podsumowując można
stwierdzić, że poklepywanie po plecach, to taki piękny, polski ojcowski gest.
Ostatnio nawet można stwierdzić, że zachwycił się nim cały cywilizowany świat.
I jakaż duma się pojawia w kraju nad Wisłą,
kiedy nasz minister obrony, pojechał do Waszyngtonu i nie byle jaka ręka poklepała go po plecach,
a kiedy zobaczyłem, że nasz premier jest
przez wszystkich poklepywany w Brukseli, to radość tak mi piersi rozparła, że
guziki od koszuli ledwo wytrzymały. Myślę sobie wtedy, cóż lepszego może mnie w
życiu spotkać. I zaraz mam odpowiedź, kiedy widzę prezydenta (chciałoby się napisać naszego, ale ostatnio pojawiły się
pewne wątpliwości), w każdym razie z Warszawy pojechał do Kijowa i nie tylko został poklepany po plecach,
ale zrobił klasycznego niedźwiedzia. Rozpłakałem się ze szczęścia. To był
najdroższy niedźwiedź, jakiego widziałem. Warto było żyć tyle lat. Pytanie: czy
to jest kres naszych możliwości? Czy można w tych gestach pójść dalej?
Oczywiście! Kto pamięta wizyty Breżniewa w Polsce ten wie, ale to już byłaby
opowieść dla dorosłych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz