Kiedy w lutym zaczęli do polski
przyjeżdżać bracia polskiego rządu (nie wiem, czy chodzi o wspólną matkę, czy ojca?), to z początku nieśmiało, a
z czasem coraz głośniej zaczęto pytać o koszty. W zasadzie przecież każdy wie,
że nawet najkrótsza wizyta, kosztuje. Polska gościnność i te sprawy.
Wszystkie oczy
skierowały się na Brukselę, a tam… cisza. Nawet pojawiły się głosy oburzenia. Jakże
to?! My tu miliony uchodźców przyjmujemy i nawet eurocenta pomocy. Cóż! Według dostępnych
danych żaden z nich nie wystąpił do
władz polskich o status uchodźcy, więc
takiego statusu nie dostał, a skoro nie
ma uchodźców, to i kasy na nich być nie może. Co jest bardzo oczywiste i
zrozumiałe.
Niektórzy
przypominają rok 2014, że wtedy Europa hojniejsza była. Owszem zgadzam się z tym
poglądem, ale… Wtedy to i kolor skóry był właściwszy do pomocy, i status
uchodźcy wszyscy dostali, i najważniejsze: Tamtejsi uchodźcy mieli wystarczającą
ilość rozumu, aby kierować się do krajów, które decydują o rozdziale kasy w UE.
I jeszcze coś! Gdyby mieszkańcy Berlina,
Londynu, Paryża na ulicach częściej słyszeli
język ukraiński niż swój własny, to wiedzieliby, że jest jakiś problem, a że nie słychać, to problemu nie ma.
Nikt nie zajmuje się rozwiązywaniem nieistniejących problemów, bo to jest strata
czasu.
Są też tacy, co zerkają
na Amerykanów, że może oni coś nam do sakiewki wrzucą. Niestety nie
wrzucą. Fakty są takie, że tak naprawdę to oni tą wojnę prowadzą i to według swoich najlepszych tradycji, czyli daleko od siebie. Pieniądze i
to duże będą, ale nie dla nas.
Jest dla mnie oczywiste,
że kiedy to wszystko się zaczęło, to nikt nie wiedział, jak się sytuacja
rozwinie, więc nie dziwiło nikogo, że ludzie dziesiątkami tysięcy szturmowali naszą
granicę. I gdyby wtedy normalnie, jak na całym świecie, w takiej sytuacji,
zaczęto przy granicy tworzyć obozy dla tych ludzi i wdrożyć zwyczajową
procedurę, to po miesiącu, dwóch, większość z nich powróciła by do swojego kraju.
Zostaliby tylko ci rzeczywiście doświadczeni przez działania wojenne. A reszta
miałaby szansę na spacer z Borisem Jonsonem po ulicach Kijowa, albo na żywo
zobaczyć Angelinę Joile we Lwowie. O koncercie U2 nawet nie wspomnę.
Tak się jednak nie
stało i jest tylko kwestią czasu, kiedy
empatia przemieni się w problemy, które nie wszystkie da się teraz przewidzieć.
Co nas w tej sytuacji czeka? Myślę, że najlepszy prezes Narodowego Banku na
jakiego nas stać uruchomi czwartą zmianę w mennicy, a wszyscy będą się modlić, żeby
papier i farba drukarska nie skończyła
się wcześniej niż zapotrzebowanie na coraz większą gotówkę. Ważni politycy będą
opowiadać wspaniałe historię o szansach, że tylko my, że w historii nie było takiego precedensu, że damy radę. My oczywiście damy im nie
jedną radę, tyle, że tradycyjnie nikt
nie będzie chciał jej słuchać. Zresztą
obywatele zwani w tym przypadku podatnikami i tak mają najłatwiejszą rolę. Oni mają tylko płacić podatki. Powodzenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz