Niczym nawiedzony, od pewnego czasu zająłem się tropieniem dobrych wiadomości. Taka zwyczajna potrzeba organizmu, więc należy uzupełnić braki. Ktoś by powiedział, że wystarczy zapuścić tefałeny albo kurskie i satysfakcja gwarantowana. Jednakże, jak ktoś jest zaściankiem, ciemnogrodem, płaskoziemcą, antyszczepionkowcem, foliarzem i onucą (więcej inwektyw nie pamiętam i bardzo żałuję), to nie jest w stanie ichniej percepcji przyswoić, więc szukam i czasami znajduję.
Parę dni temu głośnym echem odbił się wywiad udzielony niemieckiemu dziennikarzowi przez ambasadora Ukrainy w Berlinie. Wywołał on wielkie oburzenie w Polsce i wielkie milczenie w „Warszawie”. Tenże ambasador stwierdził, że Polacy w historii II Rzeczypospolitej strasznie prześladowali Ukraińców i masakrowaliśmy ich równie okrutnie, jak oni nas. Po tej wypowiedzi postanowiłem przeszukać internety w poszukiwaniu informacji, który to polski oddział miał na wyposażeniu siekiery, topory i gwoździe. Niestety nie ma takiej informacji. I taka refleksja mnie wtedy naszła, że jakby mój kraj miał, jako swoich bohaterów gości walczących z kobietami i dziećmi, to raczej bym się z nim nie utożsamiał, a o dumie… zadumałem się.
I gdzie tu jest dobra informacja?- ktoś zapyta. Spieszę, więc z odpowiedzią, że taka wypowiedź w przestrzeni publicznej mogła się pojawić, tylko z jednego powodu. Otóż! Tenże ambasador już wie, że Polska, jako kraj już wszystko co mogła (a nawet więcej) ofiarowała Ukrainie, że więcej nie ma z czego i można powrócić do narracji i polityki, która w Kijowie była prowadzona od trzydziestu lat. Przykre, ale z drugiej strony, przynajmniej wiemy, że chociaż jedna przyczyna naszego zadłużenia dobrnęła do końca. Teraz my, nasze dzieci, nasze wnuki i na pewno prawnuki wiedzą na czym stoją. Czyli tak! Od jutra zaczynamy spłatę „ukrainy”, potem nowy wał, pandemię, parę kamieni milowych i już jesteśmy wolni i bogaci! Już czuję, jak wraca chęć do życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz