Trwa nieustanny festiwal przekonywania nas, że nie nasza wojna jest naszą wojną. Z kręgów rządowych coraz częściej płynie takie przeświadczenie. Wygląda na to, iż bardzo by chcieli, żeby tak naprawdę było. Czy to jest ich sposób na przetrwanie? A może śladem pana Dej, na nieograniczony czas u władzy.
Systematycznie słuchać te nadymane głosy, jakąż to my mamy siłę i jeszcze do tego za nami stoi NATO, więc możemy się na arenie międzynarodowej odszczekiwać, niczym ratlerek przed bulterierem. Jak to się kończy w prawdziwym życiu, to chyba nie trzeba podawać przykładu.
Prawdą jest, że kupujemy dużo uzbrojenia w porównaniu do innych krajów europejskich. Głównie są to zakupy w Stanach Zjednoczonych i w Korei Południowej. Załóżmy, że to co kupujemy, to jest adekwatny sprzęt na obecne czasy. Tylko, że sprzęt może wyjechać z koszar, może nawet założyć, że będziemy w sztabie mieć wybitnych strategów, tylko że do tego wszystkiego jest potrzebna amunicja. W teorii możemy sobie ją kupić, bo nasza produkcja, kiedyś podobno będzie. Może się jednak przecież tak zdarzyć, że kraj w którym robimy zakupy, też da sobie zezwolenie na prowadzenie wojny i dla kogo wtedy będzie produkował amunicję?
Warto tutaj zwrócić uwagę, na jeszcze jeden aspekt. Otóż! Dzisiejszy sprzęt jest naszpikowany elektroniką. Takie czasy, a tą elektronikę można zdalnie w każdej chwili wyłączyć i wtedy nawet zapasy amunicji nic nie pomogą. Nie jest to tylko teoretyczne rozważanie. Takiej właśnie sytuacji doświadczył niedawno Katar, kiedy najbardziej humanitarna armia świata postanowiła sobie go zbombardować. Było to właśnie możliwe dlatego, że armia amerykańska, która żadnej wojny nie prowadzi, wyłączyła katarskie wyrzutnie Himars. Niezły sprzęt za miliony, a bombki lecą do celu. Mam nadzieję, że chociaż tutaj nie jesteśmy frajerami i nasze Kraby, też mają taką możliwość, bo głupio by było, gdybyśmy kiedyś musieli się bronić przed naszym sprzętem, a to wcale nie jest takie niemożliwe.
Problem jest duży i nie jestem pewien, czy nasz minister obrony go dostrzega. Dla niego najważniejsza jest ulotka, którą stworzył. Ten fakt przedstawiał, jak by to było dzieło jego życia, gwarantujące nam całkowite bezpieczeństwo. Według ministra powinniśmy mieć spakowany plecak i czekać na sygnał modulowany. A gdy go już usłyszymy, to powinniśmy iść… w siną dal. Osobiście to ja bym się tak nie spieszył, bo w myśl obowiązującego prawa, w takiej sytuacji wojsko może przejąć nasze mieszkanie, dom i po odwołaniu alarmu już nie będzie po co wracać. Optymistyczne jest jednak to, że plecaków zabierać nie będą i powiedzmy sobie tak szczerze: kto chociaż raz w życiu nie myślał o tym, żeby pójść w siną dal? Nie jestem pewien, czy powinienem życzyć spełnienia marzeń?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz