Wielki jazgot się podniósł pośród uśmiechniętych, po tym, jak prezydent Nawrocki spotkał się z Viktorem Orbanem. Przecież to zdrada i wstyd spotykać się z przyjacielem Putina. Nie będę tutaj przypominał kto i kiedy z kim się spotykał, bo to są w tym momencie nieważne imponderabilia, a rzecz idzie o zdecydowanie ważniejsze sprawy. Ile ludziom można wtykać do głowy, że państwa nie mają przyjaźni, a tylko interesy. Gawiedź może tego nie wiedzieć, jednakże jak ktoś mieni się politykiem, to brak takiej wiedzy jest dyskwalifikująca.
Realnie patrząc i posługując się faktami, to Rosja nie kieruje żadnych roszczeń do Węgrów, a i do nas takowych też nie ma. Mimo tego establishment postanowił, że to jest nasz największy wróg. Na drugim biegunie jest Ukraina, z którą nas nieustannie bratają. To jest ta sama Ukraina, która grozi zabójstwem prezydentowi europejskiego kraju, która wielu polityków, a także zwykłych obywateli, także Polaków, wciąga na listy śmierci, bo ośmielają się mówić dla nich niewygodną prawdę. To także ten dobry kraj, który odcina Węgry i Słowację od dostaw z rurociągu Przyjaźń. Przypomnieć trzeba, że między innym dlatego Nord Stream został poprowadzony przez Bałtyk, aby gaz nie znikał z rurociągu na terenie Ukrainy, co wcześniej miało miejsce wielokrotnie.
Normalną rzeczą jest, że jak ktoś cię atakuje, to musisz się bronić, więc Orban jasno powiedział, że jak ropa popłynie rurociągiem, to wtedy także popłyną pieniądze dla Ukrainy.
I to jest główny powód awantury w sprawie wizyty prezydenta Nawrockiego. Od razu minister Radek przypomniał, że Węgry nie tylko blokują „pożyczkę” dziewięćdziesięciu miliardów z UE, ale także dwa miliardy dla Polski za udzieloną pomoc Ukraińcom. Powiedzmy sobie więc jasno, że te dwa miliardy mogą być, jak równie dobrze może ich nie być. Urzędnicy brukselscy potrafią znaleźć tysiące powodów, aby czegoś nie zapłacić. My to już dobrze znamy. Natomiast do tej pożyczki musielibyśmy dołożyć co najmniej pięć miliardów euro, z czego jasno wynika, że na dzień dzisiejszy jesteśmy trzy miliardy do przodu.
W ten oto sposób, to nie polski rząd, a rząd węgierski ratuje nasze portfele. Można nie lubić Orbana (zawsze jakieś powody do tego by się znalazły), ale trzymajmy za niego kciuki w kwietniowych wyborach, żeby eurokratom nie udało się go wymienić na swojego nominata, tak jak to uczyniono w Rumunii. To dla naszego dobra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz