To miało być tak - Orban przegrywa wybory, pan Dej dostaje dziewięćdziesiąt miliardów euro, a my swoje dwa, które były przez Orbana blokowane. No i przegrał. Jakaż wtedy radość zapanowała w kraju nad Wisłą. Obydwa TVN-y trąbiły o tym od świtu do zmierzchu. Uszczęśliwiony „nasz” Donald natychmiast pojechał do Brukseli, aby odblokować pieniądze dla pana Dej, co mu niestety dla nas, się udało. W końcu to bardzo ważna sprawa, bo wielu ważnych gości w Kijowie, czy Lwowie ma jeszcze sporo miejsca w swoich ukraińskich skarbcach, czyli kanapach, tapczanach i szafkach, więc jakoś to trzeba zapełnić.
Na zorganizowanej później konferencji, ktoś nieopacznie zadał pytanie o te nasze dwa miliardy i okazało się, że zapomniał zapytać. Cóż! Kto rozdający dziewięćdziesiąt nie swoich miliardów, pamiętałby o swoich dwóch? Ten niech pierwszy rzuci kamieniem.
Potem było królewskie przyjęcie nowego premiera Węgier. Prawie święto narodowe. Każdy co mu się wydaje, że jest kimś ważnym próbował się chociaż otrzeć o wybawcę Polski, Węgier, Europy, a może i całego świata. Klasyczna i typowa, nowa umiejętność naszej klasy politycznej, czyli służalczość posunięta do granic absurdu.
Czas mija i tej naszej kasy dalej nie widać, nikt o nią nie pyta, a przecież, to był u nas główny argument za tym, aby nie kibicować Orbanowi.
Na szczęście mamy premiera, którego nikt w Europie nie ogra. Stąd pewnie ten spokój, bo po co mamy się upominać o nasze pieniądze, skoro możemy zaciągnąć kolejną pożyczkę i po raz enty się zadłużyć. W końcu w zadłużanie się na pokolenia mamy już takie doświadczenie, że tutaj na pewno nikt nas nie ogra i o nic nie musimy się martwić. W końcu ci co będą to wszystko spłacać, jeszcze się nie urodzili.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz