Wieczór należał do tych, za którymi tęskni się w zimie. Pełny
romantyzm pogodowy. On szedł przez swoje miasto, chociaż w zasadzie peryferia
wielkiego miasta i rozkoszował się tą chwilą. Było mu dobrze. Z radości nawet
sobie cicho pogwizdywał i co bardzo dziwne – melodię, której nie znał. Może
jestem nieodkrytym kompozytorem – pomyślał. Muszę się nad tym zastanowić.
Zaczął intensywnie myśleć, gdy z oddali dobiegła go piosenka, która przypłynęła
przez jedno z otwartych okien.
„Nie kochać w taka
noc to grzech” śpiewała artystka. Niech to szlag – zaklął pod nosem. Znowu będę
bezgrzeszny. Skąd u mnie bierze się ta ciągota do świętości - powiedział na
głos i obejrzał się, czy go ktoś nie słyszy. Ale słyszała go. Dziewczyna, na
którą bał się spojrzeć przez dłuższą chwilę w obawie, aby nie oblać się
młodzieńczym rumieńcem. Chociaż w jego wieku to raczej już tylko dojrzały
burak. Zawstydził się, jak taka laboratoryjna pierdoła, a przecież mógł coś do
niej powiedzieć. Może nawet coś mądrego i ona by mu wtedy odpowiedziała… coś. Oczami
wyobraźni słyszał ten wspaniały dialog. A jeśli to jest jego dzień, jego wieczór,
a ją zesłała opatrzność?! Nigdy nie spotkał opatrzności, jednakże wiedział, że
istnieje. Tak! To nie przypadek. I kiedy już się zdecydował, aby wypowiedzieć
to pierwsze, jakże ważne zdanie i spojrzał za siebie… ujrzał pustkę.
Niepocieszony
wrócił do domu, aby spędzić resztę tego wieczoru ze swoim kotem i jego kuwetą. I
wbrew pozorom wcale nie zaczął się użalać nad swoim okrutnym i niewdzięcznym
losem, bo on już wiedział. On to bardzo dobrze wiedział i był w stu procentach
pewny, że samotność, kot i kuweta to atrybuty wielkości. Przyjdzie jeszcze
czas, gdy maluczkim da popalić!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz