poniedziałek, 5 listopada 2018

We wiosce się bawią


     To chyba sołtys wymyślił. Na pewno on. Przyszedł kiedyś do naszego centrum życia kulturalnego, społecznego, finansowego i bezpieczeństwa, czyli przed nasz wioskowy sklep i powiedział: „Właśnie się dowiedziałem (od Antka – chłopak już do piątej klasy chodzi), że nasza wioska była kiedyś jedyną ostoją i to bardzo ważną. Dlatego musimy zrobić coś”. Wszyscy od razu pokiwali głowami ze zrozumieniem, wyrażając aprobatę.  Tylko co? – natychmiast   pojawiło się   pytanie. I jak to we wiosce wszyscy ino patrzyli po sobie, a żaden się nie odzywał. W końcu zjednoczony  wzrok padł na sołtysa. Ten nie miał wyjścia i niczym mąż stanu powiedział: „ Za dwa lata w niedzielę przejdziemy wszyscy w jednym marszu do remizy, a tam na dobry początek stawiam wszystkim setkę”. Wiwatom i radości nie było końca, po przecież nic tak nie jednoczy, jak możliwość napicia się na krzywy ryj. W tej ogólnej euforii, ktoś nawet rzucił hasło, że z okazji tak wielkiego wydarzenia, sklepowa mogłaby publicznie spalić zeszyt, ale to nie wywołało u wywołanej entuzjazmu, która swoim donośnym głosem wypowiedziała kilka zdań w obcym języku, dodając na końcu, że jak są tacy cwani, to ona może zaraz powiedzieć o każdym z nich parę interesujących szczegółów. Wtedy szybko sobie uświadomili, że sklepowa to   miejscowa agencja bezpieczeństwa wewnętrznego i centralne biuro antykorupcyjne w jednym, więc lepiej nie ciągnąć tego tematu dla ogólnej zgody, a o to przecież wszystkim chodziło. Koniec końców stanęło na tym, że będzie tak, jak powiedział sołtys.

     Czas sobie niespiesznie pełzał, bo to przecież wioska, a nie miasto i tu się zawsze zdąża. Jednakże, w tej sytuacji niespodziewanie, okazało się, że to już wkrótce ma się zacząć dziać. No i miło się skończyło, bo ni stąd ni zowąd sołtys stwierdził, że nie przemaszeruje z całą wioską i będzie czekał w remizie. Na to Kaziu dodał, że jak sołtys nie idzie to on nie widzi sensu w tym marszu i też nie pójdzie. Sklepowa dorzuciła, że bez sołtysa to defilowanie nie ma sensu i ona przyjedzie samochodem, który właśnie kupiła. Wtedy Władek określił wszystkich jednym przymiotnikiem, i że tylko flaszka może ich pogodzić. Zostało więc   tradycyjne picie, w oczekiwaniu na które zapanował zwyczajowy spokój.  Jednakże już w przeddzień Stach oznajmił, że on z Władkiem razem pić nie będzie, bo są granice, których przekraczać nie można. I bardzo dobrze ten mu odpowiedział, gdyż on nigdy ze świnią się nie napije. Na co Tosiek rzucił tekst o dwóch popierdółkach, co są siebie warci i jak im nie pasuje to mogą wy… do swojej obory, w której stoi taki jeden co ma duży łeb, to ich wysłucha. Na to odezwał się Zenek mówiąc, że jest przecież wioskowy patriotyzm we wspólnej flaszce. Na to już nie wytrzymała żona Władka, stwierdzając, że taka moczymorda, jak on nie powinna się wypowiadać o rzeczach, o których nie ma żadnego pojęcia. Później jeszcze stara Halina rzuciła coś o tych co do spowiedzi nie chodzą, ale do dzielnicowego latają regularnie i są przy tym bardzo wylewni. To podgrzało już i tak gorącą atmosferę i ciężko już było dosłyszeć, co i kto do kogo ma. Na koniec wstał sołtys i sgtwierdził, że jak im nie pasuje, to mogą sobie dalej chlać po kątach, a on już żadnej flaszki stawiać nie będzie. I tak o to z wielkiej wioski wyszła zwyczajna mała wiocha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

A jednak piąta kolumna

  Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...