To chyba sołtys wymyślił. Na pewno on. Przyszedł kiedyś do
naszego centrum życia kulturalnego, społecznego, finansowego i bezpieczeństwa,
czyli przed nasz wioskowy sklep i powiedział: „Właśnie się dowiedziałem (od
Antka – chłopak już do piątej klasy chodzi), że nasza wioska była kiedyś jedyną
ostoją i to bardzo ważną. Dlatego musimy zrobić coś”. Wszyscy od razu pokiwali
głowami ze zrozumieniem, wyrażając aprobatę. Tylko co? – natychmiast pojawiło się pytanie. I jak to we wiosce wszyscy ino patrzyli
po sobie, a żaden się nie odzywał. W końcu zjednoczony wzrok padł na sołtysa. Ten nie miał wyjścia i
niczym mąż stanu powiedział: „ Za dwa lata w niedzielę przejdziemy wszyscy w
jednym marszu do remizy, a tam na dobry początek stawiam wszystkim setkę”.
Wiwatom i radości nie było końca, po przecież nic tak nie jednoczy, jak
możliwość napicia się na krzywy ryj. W tej ogólnej euforii, ktoś nawet rzucił
hasło, że z okazji tak wielkiego wydarzenia, sklepowa mogłaby publicznie spalić
zeszyt, ale to nie wywołało u wywołanej entuzjazmu, która swoim donośnym głosem
wypowiedziała kilka zdań w obcym języku, dodając na końcu, że jak są tacy
cwani, to ona może zaraz powiedzieć o każdym z nich parę interesujących
szczegółów. Wtedy szybko sobie uświadomili, że sklepowa to miejscowa
agencja bezpieczeństwa wewnętrznego i centralne biuro antykorupcyjne w jednym,
więc lepiej nie ciągnąć tego tematu dla ogólnej zgody, a o to przecież
wszystkim chodziło. Koniec końców stanęło na tym, że będzie tak, jak powiedział
sołtys.
Czas sobie
niespiesznie pełzał, bo to przecież wioska, a nie miasto i tu się zawsze zdąża.
Jednakże, w tej sytuacji niespodziewanie, okazało się, że to już wkrótce ma się
zacząć dziać. No i miło się skończyło, bo ni stąd ni zowąd sołtys stwierdził,
że nie przemaszeruje z całą wioską i będzie czekał w remizie. Na to Kaziu dodał,
że jak sołtys nie idzie to on nie widzi sensu w tym marszu i też nie pójdzie.
Sklepowa dorzuciła, że bez sołtysa to defilowanie nie ma sensu i ona przyjedzie
samochodem, który właśnie kupiła. Wtedy Władek określił wszystkich jednym
przymiotnikiem, i że tylko flaszka może ich pogodzić. Zostało więc tradycyjne picie, w oczekiwaniu na które
zapanował zwyczajowy spokój. Jednakże
już w przeddzień Stach oznajmił, że on z Władkiem razem pić nie będzie, bo są
granice, których przekraczać nie można. I bardzo dobrze ten mu odpowiedział,
gdyż on nigdy ze świnią się nie napije. Na co Tosiek rzucił tekst o dwóch
popierdółkach, co są siebie warci i jak im nie pasuje to mogą wy… do swojej
obory, w której stoi taki jeden co ma duży łeb, to ich wysłucha. Na to odezwał
się Zenek mówiąc, że jest przecież wioskowy patriotyzm we wspólnej flaszce. Na
to już nie wytrzymała żona Władka, stwierdzając, że taka moczymorda, jak on nie
powinna się wypowiadać o rzeczach, o których nie ma żadnego pojęcia. Później
jeszcze stara Halina rzuciła coś o tych co do spowiedzi nie chodzą, ale do
dzielnicowego latają regularnie i są przy tym bardzo wylewni. To podgrzało już
i tak gorącą atmosferę i ciężko już było dosłyszeć, co i kto do kogo ma. Na
koniec wstał sołtys i sgtwierdził, że jak im nie pasuje, to mogą sobie dalej
chlać po kątach, a on już żadnej flaszki stawiać nie będzie. I tak o to z wielkiej
wioski wyszła zwyczajna mała wiocha.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz