Dwóch ludzi siedziało na kamieniu filozoficznym.
Kamień był tak wielki, jak filozofia, którą razem
uprawiali. Od kiedy oni tam siedzieli? – zadawali sobie pytanie
okoliczni ludzie. Odpowiedź była prosta, jak ich filozofia – odkąd tam usiedli.
A czemuż, że oni tam siedzieli? – to inne pytanie. W dwudziestym pierwszym
wieku odpowiedź na to pytanie jest klasycznie nieskomplikowana – mieli zasięg, więc nie było
potrzeby, aby się stamtąd ruszyć.
- Słyszałem, że minister zdrowia nie myje rąk, bo nie widzi
na nich objawów brudu – powiedział ten pierwszy.
- Święty człowiek – z grzeczności w rozmowę włączył się ten
drugi.
- Święty, mocny… Zdawać by się mogło, że nieśmiertelny.
- Ludzie gadają, że on chce wymazać całe polskie
społeczeństwo!
- Nie ma obawy. Skoro to nie udało się Hitlerowi i Stalinowi,
to i jemu by się nie udało. Dlatego on próbuje tylko wymazać górników.
- Górników! To byłby pierwszy minister, który ich nie kocha.
- Tylko on dostrzegł tą zależność, że chociaż kopią węgiel,
to palą opony. W dodatku nie u siebie, tylko w Warszawie.
- I co, że w Warszawie. Jak chce się zapalić, to nie ma
znaczenia.
- Jednak ma, a że wcześniej kazał im nosić maseczki, to jest
problem.
- Żeby to był jedyny problem. Okazuje się, że maseczki nie
chronią przed bekaniem.
- A tego to nie wiedziałem. I co teraz będzie?
- jak to co? Wszyscy bekniemy.
- Bardzo?
- nie zostanie nawet kamień na kamieniu.
W tym momencie obaj popadli w zadumę. Przecież kamień, to był
sens ich istnienia. Jakby miał zniknąć… Cała filozofia w ruinie, albo gorzej –
wszystko w nie bycie. W ostatnim momencie, chcieli jeszcze zapytać o swoje
imię, bo nigdy do tego nie było okazji. Jednakże pojawił się tak ostry cień
mgły, który ranił wszystkie słowa. I tak oto powstała kolejna... niedokończona
rozmowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz