Nie jest łatwo w dzisiejszych czasach wychowywać młodzież. W epoce
kiedy wyrazy zmieniają znaczenie i swój sens, za którymi ciężko nadążyć. Kiedy
króluje semantyka, pozwalająca nazwać inaczej
rzeczy, z których nie bylibyśmy dumni, dzięki czemu nasze sumienie może
spać spokojnie. I coraz częściej jest to sen zbiorowy.
Weźmy takie
zdarzenie (ostatnio bardzo modne), jak spontaniczne spotkania. W czasach kiedy
ja byłem jeszcze młodzieżą, polegało to na tym, że na przykład, będąc na
mieście, nieoczekiwanie spotykałem kogoś znajomego, dawno nie widzianego.
Oczywiście radość obustronna, więc kawę, czy piwo należało wypić, obgadać
wspólnych znajomych. Klasyczny, jakbyśmy dziś powiedzieli, spontan. Wiadomo, że
jak w trakcie tego spotkania umawiamy się na następne (bo miło się rozmawiało i
tyle tematów), to już nie było spontaniczne, a planowe działanie. Tak było
kiedyś.
Dzisiaj wściekłe
kobiety spotykają się spontanicznie już chyba trzeci tydzień i wiele z nich jest
tym tak zachwycone, że nie mają siły przestać. Może dopiero teraz odkryły w
sobie spontaniczność? A może wreszcie ktoś (dzisiejszą spontaniczność, jednak
musi ktoś zorganizować – inaczej się nie da) zaczął do nich mówić jedynym
językiem, jaki rozumieją. Wystarczy krzyknąć: „wypi…dalać” i już zrywają się,
jak kotki, którym nasypał ktoś karmę do miseczek.
Mam wrażenie, że
tylko w moich uszach te wulgarne okrzyki brzmią, jak Dzwon Zygmunta. Może już
nie istnieją słowa powszechnie uważane za obelżywe, bo setki policjantów stoi
wokół tego zgromadzenia i nie reaguje. Znowu o czymś nie wiem. Problem jednak w
tym, (może nawet się cieszę), że karma jednak wraca i te wszystkie Julki, kiedy
ich obecne idolki zdobędą już władzę i pieniądze usłyszą przez ten sam megafon
głośne wypi…dalć!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz