On miał już swoje
lata. Miał także, swoje mieszkanie, swoją pracę i wiele jeszcze innych swoich
rzeczy. Nie wszystkie równie cenił, ale miał. I o to chodziło. Czy mu czegoś
brakowało? W zasadzie nie, chociaż… Tak. Powinna tu być ona. Ta, którą już
bardzo dobrze znał w swoich marzeniach i widział w wyobraźni. Szukał jej już
wiele lat. Owszem pojawiały się jakieś, ale to nie było to na co czekał. Albo
próbowały za bardzo wejść w jego życie, albo wręcz przeciwnie, były od życia
całkowicie oderwane. Zjawiały się też zwyczajne idiotki, które obserwował z
bardzo dużym zaciekawieniem, że ktoś taki istnieje, jednak nie był w stanie
wyobrazić sobie życia z kimś takim, pod jednym dachem.
Ona była młoda,
może bardzo młoda. Drobna, krucha i cicha. Taka szara myszka, która chociaż
widzi wszystko, to sama jest niewidoczna, jakby nie istniała. Czy chciała, żeby świat ją dostrzegł? Nie.
Ona chciała tylko, żeby ten jedyny ją zauważył. Widywała go wielokrotnie w
swoich marzeniach, lecz marzenia to jednak nie to samo, co życie. Może gdyby
nie była, aż tak bardzo nieśmiała, to byłoby jej łatwiej. Co jej pozostawało?
Marzenia, modlitwa i czekanie. Nawet już nabierała wprawy w tym czekaniu, kiedy
nadszedł ten dzień.
Wsiadła do
tradycyjnie zatłoczonego tramwaju (limity pasażerów zachowywały tylko te z
napisem nauka jazdy) i od razu dostrzegła te oczy, poznane w marzeniach, a które teraz patrzyły
na nią. Tylko je widziała, bo twarz zakrywała oczywiście maseczka. Syciła się
tym widokiem, a w duszy myślała, gdyby tak na chwilę puściła mnie ta
nieodłączna nieśmiałość.
To było jak flesz.
Razi oczy i maskuje otoczenie. Te oczy! Zdziwił się, że naprawdę istnieją i że są
tuż obok. Cieszył się, że dopóki jedzie w tym zatłoczonym tramwaju, będą cały
czas na wyciągnięcie ręki, bo nie ma najmniejszych szans, aby się ktokolwiek
przemieścił. Cudowna podróż, której dzisiaj wcale nie oczekiwał. To był ten
moment. Wiedział, że jeżeli czegoś teraz nie zrobi, to straci okazję na zawsze.
Nie ważne już było gdzie i po co jedzie. Postanowił jechać tak długo, aż ona
nie wysiądzie.
Wysiedli więc
razem. Chyba zaczęli się do siebie nieśmiało uśmiechać, chociaż pewności nie
było, bo maski. Wtedy się do niej odezwał, proponując odprowadzenie, jak się
okazało, do pracy. Szli patrząc na siebie, wypowiadając nieśmiałe zdania. Nieoczekiwanie świat stał
się znowu wspaniały. Chciało się tak bardzo żyć!
Od tej chwili byli
nierozłączni. Wszędzie chodzili razem. Oczywiście słowo wszędzie to trochę na
wyrost, bo decydenci bardzo dbali, żeby tych miejsc było niewiele. Im to jednak
nie przeszkadzało. Mieli tak bardzo dużo wspólnych tematów do przegadania, że
cisza to było coś bardzo nierzeczywistego. Trzymali się za ręce (oczywiście
każde z nich miało swój płyn dezynfekujący) i patrzyli w swoje oczy, bo tylko
one były widoczne. Wiadomo pandemia. Czy byli ciekawi swoich twarzy? Być może,
ale wiadomo bezpieczeństwo, obowiązek, odpowiedzialność, a oni przecież byli
idealni i akuratni. Byli jednak młodzi i coraz częściej przebijała się ta myśl,
aby zgrzeszyć. Odwaga to jedno, ale są też okoliczności. Te pojawiły się dość
niespodziewanie. Nie do końca legalnie można było wypić kawę przy stoliku.
Skusili się.
Wielki moment, jak w teatrze. Spadają maski i … No właśnie! Poczuli się nadzy,
bezbronni i nieśmiali. Żadne słowo nie chciało dokonać aktu artykulacji. Cisza
i niezręczność. Katastrofa wisiała w powietrzu. I wtedy, jak na komendę
schowali się za swoimi maskami. Na szczęście czar powrócił, słowa płynęły, jak
natchnione. Znowu ich życie stało się normalne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz