środa, 17 lutego 2021

Narodziny covidian

 

      On miał już swoje lata. Miał także, swoje mieszkanie, swoją pracę i wiele jeszcze innych swoich rzeczy. Nie wszystkie równie cenił, ale miał. I o to chodziło. Czy mu czegoś brakowało? W zasadzie nie, chociaż… Tak. Powinna tu być ona. Ta, którą już bardzo dobrze znał w swoich marzeniach i widział w wyobraźni. Szukał jej już wiele lat. Owszem pojawiały się jakieś, ale to nie było to na co czekał. Albo próbowały za bardzo wejść w jego życie, albo wręcz przeciwnie, były od życia całkowicie oderwane. Zjawiały się też zwyczajne idiotki, które obserwował z bardzo dużym zaciekawieniem, że ktoś taki istnieje, jednak nie był w stanie wyobrazić sobie życia z kimś takim, pod jednym dachem.

 

     Ona była młoda, może bardzo młoda. Drobna, krucha i cicha. Taka szara myszka, która chociaż widzi wszystko, to sama jest niewidoczna, jakby nie istniała.   Czy chciała, żeby świat ją dostrzegł? Nie. Ona chciała tylko, żeby ten jedyny ją zauważył. Widywała go wielokrotnie w swoich marzeniach, lecz marzenia to jednak nie to samo, co życie. Może gdyby nie była, aż tak bardzo nieśmiała, to byłoby jej łatwiej. Co jej pozostawało? Marzenia, modlitwa i czekanie. Nawet już nabierała wprawy w tym czekaniu, kiedy nadszedł ten dzień.

 

     Wsiadła do tradycyjnie zatłoczonego tramwaju (limity pasażerów zachowywały tylko te z napisem nauka jazdy) i od razu dostrzegła te oczy,   poznane w marzeniach, a które teraz patrzyły na nią. Tylko je widziała, bo twarz zakrywała oczywiście maseczka. Syciła się tym widokiem, a w duszy myślała, gdyby tak na chwilę puściła mnie ta nieodłączna nieśmiałość.

 

     To było jak flesz. Razi oczy i maskuje otoczenie. Te oczy! Zdziwił się, że naprawdę istnieją i że są tuż obok. Cieszył się, że dopóki jedzie w tym zatłoczonym tramwaju, będą cały czas na wyciągnięcie ręki, bo nie ma najmniejszych szans, aby się ktokolwiek przemieścił. Cudowna podróż, której dzisiaj wcale nie oczekiwał. To był ten moment. Wiedział, że jeżeli czegoś teraz nie zrobi, to straci okazję na zawsze. Nie ważne już było gdzie i po co jedzie. Postanowił jechać tak długo, aż ona nie wysiądzie.

 

     Wysiedli więc razem. Chyba zaczęli się do siebie nieśmiało uśmiechać, chociaż pewności nie było, bo maski. Wtedy się do niej odezwał, proponując odprowadzenie, jak się okazało, do pracy. Szli patrząc na siebie, wypowiadając  nieśmiałe zdania. Nieoczekiwanie świat stał się znowu wspaniały. Chciało się tak bardzo żyć!

 

     Od tej chwili byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem. Oczywiście słowo wszędzie to trochę na wyrost, bo decydenci bardzo dbali, żeby tych miejsc było niewiele. Im to jednak nie przeszkadzało. Mieli tak bardzo dużo wspólnych tematów do przegadania, że cisza to było coś bardzo nierzeczywistego. Trzymali się za ręce (oczywiście każde z nich miało swój płyn dezynfekujący) i patrzyli w swoje oczy, bo tylko one były widoczne. Wiadomo pandemia. Czy byli ciekawi swoich twarzy? Być może, ale wiadomo bezpieczeństwo, obowiązek, odpowiedzialność, a oni przecież byli idealni i akuratni. Byli jednak młodzi i coraz częściej przebijała się ta myśl, aby zgrzeszyć. Odwaga to jedno, ale są też okoliczności. Te pojawiły się dość niespodziewanie. Nie do końca legalnie można było wypić kawę przy stoliku.

 

     Skusili się. Wielki moment, jak w teatrze. Spadają maski i … No właśnie! Poczuli się nadzy, bezbronni i nieśmiali. Żadne słowo nie chciało dokonać aktu artykulacji. Cisza i niezręczność. Katastrofa wisiała w powietrzu. I wtedy, jak na komendę schowali się za swoimi maskami. Na szczęście czar powrócił, słowa płynęły, jak natchnione. Znowu ich życie stało się normalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

A jednak piąta kolumna

  Od dawna wielu, niewielu mówiło o pi ą tej kolumnie w polskim rządzie i nie tylko w rządzie. Temat ten był bardzo poboczny i zdecydow...