W ostatni piątek minęła rocznica zakończenia, formalnie największej pandemii, jaka się odbyła za życia każdego obecnie żyjącego człowieka. Po czasach zamykania ludzi w domach, zakazach działalności różnych biznesów i unikania pacjentów przez lekarzy, powinien wszędzie trwać festiwal radości. Koła polityczno-rządowe powinny, jak zawsze z wielkim patosem, na wielu akademiach odtrąbić „swój” sukces, że epidemia jest w odwrocie i nie trzeba się jej bać. A tu nic takiego się nie stało. Media, które jeszcze rok temu tak skrupulatnie, codziennie liczyły łóżka i testy, nawet się nie zająknęły. Może dlatego, że to zasługa Putina, a nie ich. Wiemy przecież, że to jest bardzo zły człowiek.
A może dlatego, że znaleźli dla siebie wygodniejszą rocznicę, którą, niestety, także zawdzięczają... Putinowi. Nie da się tego obejść. Nie bardzo jestem w stanie zrozumieć świętowania napaści na kraj, kiedy ta napaść ciągle trwa. Czy takie rzeczy działy się pierwszego września 1940 roku? Czy w ogóle kiedykolwiek, w jakimkolwiek zakątku świata, coś takiego miało miejsce?
Ale w nowym świecie wszystko co było dotąd niemożliwe, jest możliwe. A skoro tak, to heroje wyszły świętować na ulice polskich miast. Chociaż może jestem niesprawiedliwy i ci wszyscy młodzi, po prostu identyfikują się, jako te matki i dzieci, o których mówią telewizory. I pewnie tak jest, bo dla faceta, który (z różnych powodów) ucieka z kraju w czasie wojny, to jest wstyd pokazywać się publicznie w takim kontekście.
Po roku czasu, patrząc z naszej perspektywy, co byśmy już nie zrobili, to pewne rzeczy zostaną już na długi czas, a może i na zawsze. Na pewno zostaną z nami olbrzymie długi. Jakie? To trudno powiedzieć, bo one stale rosną i nie ma siły, aby to zatrzymać. Zostaną wszystkie dzieci ewakuowane z domów dziecka, ludzie z ukraińskich hospicjów i tym podobnych miejsc. Zostaną wszystkie te kotki i pieski dzielnie ratowane z pożogi wojennej. A przede wszystkim zostanie tysiące roszczeniowych ludzi, których „my” nauczyliśmy, że wszystko się im należy i to w pierwszej kolejności. Dla tych, co jeszcze w to nie wierzą, powiem, że to jest tylko kwestia czasu, kiedy się o tym przekonają na własnej skórze.
Osobiście to bardzo mnie zadziwia, że już rok wojna trwa, prawie w centrum Europy i nikt, nawet ONZ nie nawołuje do rozmów pokojowych, co dotychczas się w żadnym koflikcie nie zdarzyło. No chyba, że ktoś rzeczywiście wierzy w to, że można wygrać wojnę z mocarstwem atomowym. Teoretycznie jest to możliwe, tylko czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić świat po takim zwycięstwie i czy chcielibyśmy (dalibyśmy radę) w takim świecie żyć!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz