I wezwał pan swojego sługę, i rzekł do niego: za prawdę, za prawdę powiadam ci, że to się nie godzi, tak mówić do swego pana. To jam, jak własnego syna cię tulił, a ty teraz zamykasz wrota przede mną. Azaliż, czyżby cię Bóg opuścił. Śmiesz jęczeć, że pan twój niewdzięczny, że dary mu dałeś... Oj waż słowa. Waż słowa! Bo nim gdyż kur trzy razy zapieje, spuszczę na ciebie wszystkie brukselskie plagi i któż cię wtedy przygarnie? Jam żem twoim panem i nie ma takowej jedynej rzeczy, która by nie należała do mnie.
I wysłuchał sługa swojego pana, i powrócił strapiony. Cóż mam teraz powiedzieć mym dziatkom, jak w oczy spojrzeć mej żony. Tom przecież żem mówił, że pan nasz jest dobry, że pan nas nie zgubi. I zapłakał cicho nad losem, który sam wybrał.
Wieść ta się szybko tedy rozniosła i trwoga nastała w całym chutorze, a inne sługi krzyczały: Mój Boże! Tośmy go mieli prawie za brata, a on połaja nas i po kątach rozstawia, jak stare zydle. Jużci nie będzie tu z nim miłości, my proste sługi, którymi gardzi, a jeszcze nie dalej, jak w zeszłą niedzielę miało być miło, prawie wesele…
Taka to przypowieść, od wieków lata, że pan nigdy nie będzie... miał sługi za brata. I wielkie jeszcze na świecie narodzą się grzechy, nim ta przypowieść trafi pod strzechy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz