Postawmy sobe takie ciekawe pytanie: Kto nie kocha Ukrainy? Odpowiedź może dla niektórych być niespodzianką – Ukrainy nie kochają przede wszystkim… Ukraińcy. I nie może być inaczej, bo gdy tylko zaczęła się decydująca faza wojny dwa lata temu, to kto tylko mógł, łagodnie mówiąc, dał nogę. Liczba tych „patriotów” sięgała milionów osób i nie były to tylko matki z dziećmi. Ci co nie mogli lub nie byli w stanie zwiać w ten sposób, uciekli z linii frontu. Mówi się o co najmniej stu tysiącach żołnierzy, stąd te słynne łapanki w całym kraju, które mają uzupełnić te braki. A łapanki muszą być, bo nikt dobrowolnie tam się nie wybiera. Taka to miłość do swojego kraju. To może chociaż były prezydent tego kraju (kadencja skończyła mu się z końcem marca), zwany powszechnie pan Dej kocha swój kraj? Niestety nie bardzo, bo zanim został wybrany na urząd, dwa razy nie stawił się do jednostki, pomimo otrzymanego powołania.
A kto jeszcze nie kocha tego kraju? Myślę, że po Ukraińcach, najbardziej to Amerykanie. Wydają oni przeogromne pieniądze na kontynuowanie tej wojny, a przecież każdy miliard dolarów, to jest ileś tam tysięcy trupów ukraińskich na froncie. Gdybyśmy mogli poznać prawdziwą liczbę poległych, łatwo byłoby wyliczyć, ile dolarów kosztuje pojedynczy zgon. Po ostatnich decyzjach Białego Domu, wydaje się, że są zdecydowani płacić, aż do ostatniego poległego Ukraińca. To już kwalifikuje się wręcz, jako nienawiść.
Jako następnych na liści powinno się umieścić Brytyjczyków. To właśnie wysiłki Borisa Johnsona sprawiły, że nie doszło do podpisania ustalonego już planu zakończenia tej wojny, a przecież było oczywiste, że ta wojna w żaden sposób nie jest i nie była do wygrania. I zawsze, gdy tylko pojawi się nawet najmniejsza szansa na zakończenie wojny, oni zaraz zjawiają się z kolejnym pomysłem kontynuacji, co niewątpliwie skutkuje kolejnymi ofiarami.
No i są jeszcze Niemcy. Ci potrafią wszystko obiecać, czasami nawet coś tam wyślą na front, a z drugiej strony po cichu dalej prowadzą interesy z Rosjanami. Ostatnio nawet, gdy tylko pojawiła się groźba wysyłania dezerterów z Europy na front, od razu zadeklarowali, że przyjmą wszystkich do siebie, nawet bez ważnych dokumentów. Trzeba przyznać, że jak na Niemców, to w tym przypadku bardzo powoli się uczą, gdyż parę lat temu chlebem witali na dworcu w Monachium afrykańskich inżynierów, również bez dokumentów, a dziś szukają sposobu, jak ich się pozbyć. Może stąd właśnie pomysł przyciągnięcia Ukraińców. Wszakże w czasie ostatniej Wojny Światowej, to właśnie oni wykonywali za Niemców czarną robotę na Wołyniu, czy w Powstaniu Warszawskim, jako mistrzowie wideł i siekiery. Ciekawe, jak tych się później pozbędą?
A Polacy? Cóż! Nasi przeszli już efekt euforii sprzed dwóch lat i z każdym dniem oraz z każdym spotkanym (a naprawdę trudno nie spotkać) Ukraińcem przemija im tamte uczucie. Nawet nie muszę opisywać szczegółów, bo każdy je zna. I tylko polski rząd, niezależnie z której koalicji, oddałby im najchętniej wszystko, co uda mu się zebrać od swoich podatników. A pointą ich dalekowzroczności niech będzie fakt, że kiedy, jak mantrę nasi politycy powtarzają, iż to jest nasza wojna, w tym samym czasie Ukraińcy na manifestacji w Katowicach, wznoszą okrzyki, że to nie jest ich wojna. Czyja jest więc ta wojna?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz