W naturze młodości jest bunt. Bunt przeciwko wszystkiemu dookoła. Jeśli ktoś w młodości nie odczuwa potrzeby buntu, to jest to tak zwany stary maleńki, czyli dość nienormalny typ. Ten bunt czasami zostaje, jakby sformalizowany i chociaż wydaje się zjawiskiem spontanicznym, to nigdy tak nie jest. Zawsze ktoś nad takimi zdarzeniami „czuwa”.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku, młodzi buntownicy nazwani dziećmi kwiatami, kontestowali rzeczywistość, promowali pacyfizm, wolność i miłość, czyli taką amerykańską odmianę komunizmu. Niby ruch oddolny, a okazał się być sterowany przez radzieckie służby. Interes był oczywisty, to wojna w Wietnamie, przeciwko której gwałtownie protestowano.
Młodość nie trwa jednak wiecznie, chociaż zawsze tak się wydaje i jest to odwieczne marzenie. Nikt się jednak nad tym nie zastanawia, że gdyby się spełniło i ludzie mogliby żyć na przykład pięćset lat, to prawa emerytalne nabywali by w wieku około czterystu, bo z czegoś należałoby żyć. To potwierdza tylko, że marzenia są najlepsze tylko wtedy, gdy są marzeniami oraz to, że świat został jednak dobrze skonstruowany i nie warto na nowo wymyślać prochu.
Powróćmy jednak do naszych tytułowych dzieci kwiatów, którzy dorośli ze swoimi marzeniami. Dorośli i przejęli władzę. To pokolenie Clintonów, Obamów i im podobnych. Bez problemu porzucili swój pacyfizm i wolność, która zaczęła ich bardzo uwierać. Jedyne z czego nie zrezygnowali, to wolna miłość, że wspomnę tylko Monikę Lewinsky, wyspę Epsteina, czy imprezy u Diddiego.
Jest taka stara życiowa prawda, która mówi, że każdy w młodości był komunistą, czy socjalistą, lecz większość dorastała i wyrastała. Najgorsi są jednak ci, którzy dorośli i nie wyrośli. Strzeżmy się ich!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz