Zacznijmy od małej historii. Wczesne lata osiemdziesiąte, jeszcze PRL. Czasy siermiężne i odległe. Permanentny niedostatek, którego posiadane pieniądze nie rozwiązywały, bo nie pieniądze były wtedy prawdziwą walutą. Taką realną walutą był alkohol, pośród którego spirytus mienił się niczym dolar amerykański.
Byłem wtedy młody i zatrudniłem się w charakterze wesołego sanitariusza. Szpital, w którym pracowałem posiadał aptekę, która pracowała na jego potrzeby. Odbywało się to tak, że oddziałowa spisywała zaopatrzenie na potrzebne medykamenty, w tym co ważne dla tej opowieści, na spirytus. To zapotrzebowanie zanosiło się do tej apteki, gdzie w miarę możliwości realizowano takie zapotrzebowanie.
Odbiór następował w wiklinowym koszyku (jakoś bieda nie kochała plastiku). Po drodze z tej apteki znajdowała się szatnia pracownicza, gdzie był pierwszy postój tego spirytusu, z którego odlewało się odrobinkę i dolewało wody. Następnie koszyk otrzymywała gospodarcza, która również odlewała z butelki troszeczkę i ubytek uzupełniała wodą. Kolejnym przystankiem była oddziałowa, która wykonywała taką samą, uprzednio opisaną czynność. Ten korowód kończył się w dyżurce pielęgniarek, dokładnie w ten sam sposób. Tutaj zadanie dla matematyków: ile procent miał spirytus na waciku, którym była dezynfekowana skóra pacjenta?
Powróćmy teraz do współczesności, a dokładnie na Ukrainę, gdzie płyną nieustające miliardy pieniędzy w różnej walucie. Droga tych pieniędzy to współczesna wersja powyższej historii. Zamiast opisywanych postaci, wystarczy sobie wstawić dowolną ukraińską instytucję począwszy od urzędu celnego, aż po gabinet prezydenta, lub odwrotnie, w zależności w którą stronę płyną darowane pieniądze. Niezależnie jednak od kierunku przepływu, to na froncie na „wacikach” trudno szukać spirytusu.
W PRL-u ten problem postanowiono rozwiązać poprzez wprowadzenie metalowych pojemników, które plombowano w aptece. Była to znacząca zmiana, bo likwidowała dwóch pierwszych „pośredników, co znacząco zwiększało zawartość spirytusu na waciku.
Natomiast dzisiejsza Ukraina, ani myśli o „plombowanych pojemnikach”. Czasami tylko udaje się kogoś przekonać, że już wystarczy, że już czas udać się na delegację do… Izraela.
Po każdej takiej akcji, a szczególnie po tych głośnych i medialnych, zwykli ludzie, a także rządy różnych krajów zastanawiają się, nad dalszą pomocą dla tego kraju. Cóż! Myślę, że należy to robić, bo na miejsce tych „w delegacji” przychodzą nowi, którzy ich zastępują. Oni przecież wciąż mają tylko swoje małe mieszkanka ze zwykłym ceramicznym kibelkiem. A czy oni są od tamtych gorsi? Czy naprawdę nie zasługują na złoty kibel?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz